ok. 1950, Kleszczele, portret kobbiety w atelier

Jerzy Kostko

Jerzy Kostko – fotograf Kleszczel. I nie ma w tym przesady. Historia fotografii startuje w 1839 roku, upowszechnia się pod koniec XIX stulecia, a Kostko, w malutkim miasteczku na rubieżach Rzeczypospolitej zaczyna fotografować już w latach 20.

Najstarsza znaleziona odbitka datowana jest na maj 1926 roku. W czasie okupacji sowieckiej zakład był zamknięty. Za Niemca znowu działał. Z relacji wiadomo, że fotografowali się u niego i żołnierze radzieccy i niemieccy. Ale te negatywy nie zachowały się. I stanowią jedną z wielu dziur w fotograficznym archiwum jakie pozostało po Kostce. Podobnie jak brak zdjęć kleszczelowskich Żydów, którzy przed wojną stanowili ponad 50 proc. mieszkańców miasteczka i którzy też musieli się u niego fotografować. Fotografował do śmierci. Ostatnie odbitki wykonane przez Jerzego Kostko pochodzą z lat 70. Umarł w 1976.

Kostko był skrupulatnym rzemieślnikiem. Większość jego odbitek ostemplowanych jest pieczęcią zakładu, opisane są datami, zdarza się, że nawet dwoma: wykonania i wydania zdjęcia. Przez prawie 60 lat dokumentował życie mieszkańców Kleszczel. Jego fotografie znaleźć można niemal w każdym domu w okolicy. Nie miał tu konkurencji. Nie wychował też sobie następcy, który by zadbał o jego zbiory. Prowadził atelier przy ulicy Kolejowej, tam też mieszkał. Dom zachował się, choć w opłakanym stanie. Po śmierci Kostki zamieszkiwały go różne rodziny. Sąsiedzi widzieli worki klisz wyrzucane do  śmieci i potłuczone szklane negatywy wdeptywane w ziemię. Skala, na która fotografował przywodzi na myśl słynną „Typologię narodu niemieckiego” autorstwa Augusta Sandera. Można przypuszczać, że gdyby zachowało się całe archiwum Kostki Kleszczele byłby fenomenem, jedynym miasteczkiem w Polsce, którego wszystkich mieszkańców z ostatniego stulecia znalibyśmy z twarzy (choć nazwiska pewnie byłyby nie do odtworzenia).

To w zasadzie niewiarygodne, że po prawie 40 latach od śmierci fotografa, na strychu jego drewnianego domku przy ul. Kolejowej udało się odnaleźć część łatwopalnego archiwum. W 2013 roku uczestnicy „Fotograficznej wyprawy archeologicznej na polsko-białoruskie pogranicze” wykopali z trocin dwa kartony negatywów, około półtora tysiąca. Głównie klisze średniego formatu, kilka szklanych szybek. Niektóre jednak całkowicie zniszczone. Wśród odzyskanych zdjęć są fotografie przedwojenne, choć przeważają te późniejsze. Najwięcej zachowało się portretów robionych do dokumentów. Dla oszczędności materiału twarze przypadkowo zestawiane były po cztery na kliszy, co często dawało niezamierzony, ale ciekawy artystycznie efekt. Są też obrazki okolicznościowe: nowonarodzone dzieci, pary, koledzy z rowerami, żołnierze na przepustce, kulig.
– Taki był miejscowy zwyczaj, że w czasie ważniejszych świąt po wyjściu z cerkwi, w ładniejszym ubraniu i w butach (które zakładałyśmy dopiero na rogatkach) mama prowadziła nas do Kostki – opowiadała Tamara Jawdosiuk z Dobrowody. – Fotografował najczęściej przed swoim domem. Do ręki dawał gałązkę brzozy, listek, kwiatek, mężczyznom kazał stać na baczność, „ruki po szwam”. 

Atelier Jerzego Kostki, który w tym samym miejscu fotografował przez ponad pół wieku sam w sobie jest ciekawym tematem i świadectwem rozwoju sztuki fotograficznej w okresie międzywojennym i później. Kostko, podobnie jak zdecydowana większość jego prawosławnych współwyznawców z Kleszczel, w czasie bieżeńswta (które rozpoczęło się w 1915 roku) prawdopodobnie wyjechał z rodziną w głąb Rosji. Gdzie nie wiadomo, ale opierając się strzępach wspomnień sąsiadów, można przypuszczać, że to tam nauczył się fotografować. Gdy powrócił w latach 20 w rodzinne strony otworzył swój zakład. Nigdy nie podjął innej pracy zarobkowej. Fach swój traktował poważnie i solidnie, ale nie wydaje się, by miał artystyczne aspiracje. Chciał, żeby było ładnie i zgodnie z duchem czasu. W atelier miał więc tło z antycznymi kolumienkami i z brzózkami, po którym łatwo go rozpoznać. Wcześniejsze zdjęcia wskazują, że fotografował w jakimś specjalnym przeszklonym pomieszczeniu typu weranda, gdyż światło na nich jest rozproszone i miękkie. Później lubił robić portrety w plenerze przed swoim domem. Rzadko wyruszał w teren. Choć zachowały się u ludzi odbitki ze świąt strażackich, grupowe zdjęcia szkolne, oficjalne uroczystości, fotografie rodzinne przed domem. Mało jest natomiast obrazów z życia miasteczka. Nie był typem podglądacza. Nie specjalizował się też w fotografowaniu pejzaży i architektury. Trudno powiedzieć czy fascynowali go ludzie, ale to oni są jego głównymi obiektami, być może tylko ze względów zarobkowych. Wykazywał dużo inwencji, ustawiając ich w ciekawych pozach i konfiguracjach. Doposażał w atrybuty, które miały ich uczynić bardzie atrakcyjnymi. Miał na stanie na przykład przechodnią torebkę dla pań, która dodawała im elegancji i zegarek, który zdobi przeguby wielu jego męskich modeli, podnosząc ich status. Słowem: dbał o klienta. Sadzał fotografowanych na umajonych wiosennymi gałązkami rowerach, na błyszczącym motocyklu niewiadomej produkcji, który był marzeniem każdego młodzieńca, chował w krzaczkach, dawał do ręki myśliwską flintę. Nie stosował modnych trików, nie robił fotograficznych żarcików, nie brał się za monidła. Zachowało sie tylko jedno podkolorowane zdjęcie Kostki – portret młodej kobiety, wyretuszowany z domalowanymi kwiatami. Prawdopodobnie była dla niego kimś wyjątkowym. Dzisiaj dwie jego dawne znajome przyznają się do tego, że to ich podobizna.

O samym Kostko, o jego życiu i upodobaniach, niewiele wiadomo i chyba nie da się już tego ustalić.

– To postać tajemnicza – mówi Jan Smyk, dziennikarz radiowy, którego odkrycie archiwum Koski zainspirowało do zrobienia reportażu na temat fotografa Kleszczel – Przez jego podwórze przewinęła się cała gmina, a nikt nie ma o nim pewnych wiadomości. Z rozmów, jakie przeprowadziłem, wyłania się postać barwna i tajemnicza. Był lubiany, miał dużo klientów. Ponoć lubił porządek i nie brakowało mu pieniędzy. Stanowił dobrą partię, ale się nie ożenił. Należał do osób raczej nieśmiałych. Był zatwardziałym starym kawalerem (choć miłośnikiem kobiet) i umarł bezpotomnie w 1976 roku. Pochowano go na cmentarzu prawosławnym w Kleszczelach, a jako, że nie miał tu rodziny, jego majątek przejęła gmina.

W Urzędzie Gminy w Kleszczelach w akcie zgonu odnotowano także datę urodzin. Przyszedł na świat w 1897 roku w Rosji w miejscowości Komarowka (ale która nie widomo, bo jest ich kilka). Pochodził z kolejarskiej rodziny. Jego dziadek był ponoć za czasów Imperium Rosyjskiego dyrektorem stacji w Kleszczelach, po nim karierę na kolei robili synowie. Kostko mówił czystym rosyjskim, co dość dziwne w miasteczku, gdzie język ukraiński miesza się z białoruskim i polskim. Z tego co mówią Kleszczelowcy to dlatego, że  jego matka była Rosjanką. Kostko miał opinię oryginała  i gaduły. Sam wyznania prawosławnego utrzymywał kontakty z księdzem katolickim, dobrze żył z kleszczelowskimi Żydami. Lubił techniczne nowinki: pierwszy w Kleszczelach miał rower, a potem pierwszy motocykl, inwestował w nowy sprzęt fotograficzny (choć nie wiadomo jakie aparaty miał na wyposażeniu swojego zakładu). W jego domu znalazł się jeden z pierwszych w miasteczku radioodbiorników. 

– Miał trzy pasje: fotografie, myślistwo i kobiety – mówi Krzysztof Lange. – Był rozpoznawalny z daleka: wieki chłop w śmiesznej czapce pilotce i ze strzelbą przewieszoną przez ramie. Oryginał i dusza człowiek.

U Wandy Krajewskiej, u której schorowany spędził ostatnie miesiące życia zachowało się jedyne – jak na razie zdjęcie samego Kostki. Upozował się sam na podobieństwo swoich modeli. Jeszcze młody, pewnie w jednym z najlepszych garniturów, stoi na tle kwitnącej wiśni, otoczony drobnymi kwiatkami. Nie widomo czy zrobił fotografię sam za pomocą samowyzwalacza, czy ktoś nacisnął migawkę. Był 17 maj 1931 roku.

Projekt dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz przy wsparciu finansowym Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego.