Notice: Funkcja WP_Scripts::localize została wywołana nieprawidłowo. Parametr $l10n musi być tablicą. Aby przekazać dane do skryptów, proszę użyć funkcji wp_add_inline_script(). Dowiedz się więcej: Debugowanie w WordPressie. (Ten komunikat został dodany w wersji 5.7.0.) in /home/platne/serwer29413/public_html/albom.pl/wp-includes/functions.php on line 6131
Rozmowa z Genowefą Freling - Albom.pl

Rozmowa z Genowefą Freling

Syberia dla niektórych była ratunkiem

 

Aneta Prymaka-Oniszk: Pamięta Pani Jana Żukowskiego, autora zdjęć?

Genowefa Freling z domu Sztygiel: O tak, bardzo dobrze. Jasio Żukowski to był mój pierwszy narzeczony; miałam wtedy może ze 20 lat…  To on nauczył mnie jeździć na rowerze. Wtedy nie każdy miał rower, ale Żukowscy byli trochę zamożniejsi. Jasio też zawsze bardzo dużo czytał i także mnie przynosił książki, więc i ja czytałam. Pamiętam, że dał mi powieść: „Profesor Wilczur” [kontynuacja powieści „Znachor Tadeusza Dołęgi-Mostowicza,”; pierwsze wydanie książkowe zostało opublikowane w 1939 roku – A.P-O]. Ale Jasio nie był mi widocznie sądzony…
A kiedyś Żukowskich nazywali w Kuźnicy Bosi. Mówili, że to dlatego, bo ich ojciec wrócił z wojska carskiego bosy. Ja mieszkałam na ulicy Podlipskiej i ten Bosy, ojciec Jasia [także Jan], zawsze przychodził do naszego sąsiada na posiaduszki. On lubił rozmawiać o polityce, był bardzo ciekawym człowiekiem. I Ludę, żonę Jasia [Ludmiła Żukowska z domu Kuryło, ur. 1934 – zm. 2020] znałam bardzo dobrze, gdy spotykałyśmy się czy to w sklepie czy przed sklepem, zawsze rozmawiałyśmy. Po latach, gdy już byłam dawno zamężna, chodziłam do Żukowskich kupować miód, bo Jasio miał pasiekę. I żartowałam wtedy, pokazując na Jasia: o, zobaczcie, mój narzeczony siedzi.

Pani urodziła się w Kuźnicy w 1929 roku; przed wojną chodziła tu do szkoły. Jak ten czas Pani pamięta?

To była nowa szkoła, mieściła się tam, gdzie teraz jest stadion. Ale tak wielu było wtedy uczniów, że przez jeden rok – to była moja 4. klasa – uczyliśmy się w prywatnym domu, bo w szkole się nie miesiliśmy. Do szkoły chodzili wszyscy mieszkańcy Kuźnicy: i katolicy, i Żydzi, i prawosławni. Miałam koleżankę Żydówkę, i koleżankę prawosławną. I oni bogato żyli, u niej w domu pierwszy raz piłam kakao. W tej szkole skończyłam do wojny kilka klas, potem jeszcze trochę uczyłam się za radzieckiej okupacji. Jak się później okazało – to była cała moja edukacja. Moi rówieśnicy chodzili jeszcze potem do szkoły, ale ja już więcej nie poszłam.

W czerwcu 1941 roku Wasza rodzina została wywieziona na Syberię. Jak to Pani pamięta?

Nas wywieźli w piątek, to był słoneczny dzień. Kazali się pakować na furmankę, mama z bratem ładowali nasze rzeczy. A ja mówię do młodszego brata: choć, będziemy uciekać. Wzięłam go za rękę i poszliśmy;  odeszliśmy sporo, za stodołę i idziemy dalej. Ale potem pomyślałam chwilę i mówię do brata: Chodź, wracamy, bo jak będziemy żyć bez mamy, jak ją wywiozą, a nas nie? I wróciliśmy.

Z nami mieszkała też babcia Konstancja Kocisz – mama mojej mamy. I sąsiadka przyszła mówi mamie, że babci nie mogą wziąć, bo ma inne nazwisko,. I rzeczywiście babcia została, a nas powieźli.

Wiedzieliście, jaki macie wyrok i za co?

Byliśmy osądzeni zaocznie na 20 lat zsyłki, to chyba nam wtedy powiedzieli. A za co? To dowiadywałam się już wiele lat później; ze szkoły przychodzili do mnie pisać różne prace; więc się dowiadywałam. O okazało się, że wywieźli nas za ojca, Józef Sztygla. On przed wojną należał od OZON – powszechnie mówiono, że to organizacja „nie kupuj u Żydów”. On był ze wsi Strupki, która dziś jest za granicą, przyszedł do mamy na jej gospodarstwo w Kuźnicy jako prymak (akcent na ostatnia sylabę). Był światowym człowiekiem, zachowało się jego zdjęcie w rosyjskim mundurze, służył w carskiej armii i miał stopień kaprala; w Rosji pracował też na kolei. No a potem, jak już przyszedł do mamy do Kuźnicy, był w tej organizacji OZON, za którą nas ponoć wywieźli.
Ojca władze radzieckie już wcześniej aresztowały, był początkowo osadzony w Sokółce, a potem wieźli go przez Kuźnicę i on rzucił tu kartkę do mojej mamy, że do Grodna ich wiozą. Mama jeździła do więzienia w Grodnie i woziła ojcu paczki. Przyjmowali  je, a w końcu powiedzieli, że 5 maja 1940 roku został on wywieziony do Mińska. Później, po latach próbowałam go szukać, powiedzieli mi, że pewnie zginął w Kuropatach.

Wywiezieni do Rosji zostaliście we czwórkę: matka Emilia Sztygiel z domu Kocisz z trójką dzieci?

Tak; babcia Konstancja Kocisz została. Ale tylko 2 dni w domu przenocowała, jak się wojna zaczęła [22 czerwca 1941 roku hitlerowskie Niemcy zaatakowały Związek Radziecki – AP-O], wtedy cała ulica Podlipska, także nasz dom, się spaliła, chaty były drewniane i kryte słomą.

Czy ta wojna dogoniła też was, wiezionych pociągiem na Sybir?

W drodze nas spotkała.  Gdy staliśmy w Mińsku było straszne bombardowanie, ledwo je przeżyliśmy. Potem w kufrze zobaczyliśmy dziurę, gdy go otworzyliśmy, okazało się, że w płótnie zatrzymał się askołek [odłamek]. Jedna dziewczyna u nas w wagonie akurat schodziła z pryczy, gdy ją ranił odłamek; potem ją zabrali do szpitala. W innych wagonach było więcej rannych, byli też zabici. Nam nie stała się krzywda. Pojechaliśmy dalej.

Jechaliśmy w zaplombowanych wagonach, były tam prycze: górna i dolna. Ja miałam górną i mogłam wyglądać przez szpary i dużo widziałam. Pamiętam jak góry uralskie przejeżdżaliśmy, jak bardzo pięknie tam było. No a za Uralem skończyła się Europa i zaczęła Azja.

W sumie jechaliśmy pociągiem przez 24 dni, były przystanki po wodę. Zawieźli nas na stację Użur w Krasnojarskim Kraju. Tam przenocowaliśmy pod gołym niebem, a nad ranem przyjechały samochody ciężarowe i zabierały rodziny do kołchozów. My trafiliśmy do wsi Parnaja, 40 km od Użuru. Nie byliśmy tam sami; razem z nami byli Tumiele z Kowali, Stojakowe, Głazowski, Czepiele z Kuźnicy. A jak nas tam zawieźli, chcieli nas zapisać jako Białorusów. Ale jeden z naszych mężczyzn podniósł rękę i mówi: Tawaryszcz naczalnik, mu uże dumali i pieredumali, że kakimi naradzilis, takimi budziem umirać. Potem mówili – gdyby zapisali się wtedy za Białorusów, by już tu nie wrócili.

Jak sobie tam radziliście?

Na miejscu trzeba było szukać sobie mieszkania. Znaleźliśmy je w domu wdowy, która mieszkała razem z synem. Miała pokój, do którego  było osobne wejście z podwórka, i tam myśmy zamieszkali. Mama ze starszym bratem (on był 1923 rocznik) – pracowali w kołchozie. Co rano jeździł po wsi konno taki jeden i krzyczał: wychadzi na rabotu!. Na Syberii dzieci nie przymuszali do pracy, ja i młodszy brat więc nie pracowaliśmy. Czasem chodziliśmy zbierać kłosy, by zupę ugotować. Chleb był na kartki: 300 gram dla niepracujących, 500 gram dla pracujących. Ja czasem chodziłam na pole, do dorosłych, bo mnie to wszystko bardzo ciekawiło. Jakie tam sianowanie było ciekawe, inne niż u nas. Siano składali w kupki, a potem prowadzą konia, który ciągnie za sobą gałęzie z brzozy, przewracali na te gałęzie kupkę siana i przewozili ją do stogu. Tam kładli bardzo wysokie stogi. Na polu dawali robotnikom zupę z kuchni polowej.

Dużo było tam ciekawego. Zimą mróz dochodził do 40 stopni, wlewali mleko do miseczek litrowych, stawiali na parapet, a potem mrożone sprzedawali na rynku na kawałki. Mama ciuchy na rynek nosiła i sprzedawała i za to kupi kartofli, albo mleka. A jak przyniesie tego mleka – zamrożone – na górze zbierała się smaczna śmietanka.

Kiedy udało się wam wrócić?

Gdy podpisali układ Sikorski-Majski chcieliśmy iść do Andersa. Przyjechaliśmy do Użuru, pierwszy transport puścili, a my byliśmy na drugi przygotowani, spakowani, i nas nie puścili, bo ponoć tyfus panował. No to dawaj szukać innych możliwości. Mieliśmy wracać do domu jak najszybciej, już w 1945 roku, ale Rosjanie mówili, że kolej niesprawna i nie możemy jechać. Przebyliśmy więc w sumie na zesłaniu 5 lat: wywieźli nas w czerwcu 1941, a wróciliśmy w marcu 1946. Już nie jechaliśmy w zaplombowanych wagonach, drzwi były otwarte, ale też w bydlęcych wagonach. Zawieźli nas do Białegostoku, a na dworzec w Kuźnicy przyjechał po nas sąsiad Szulewski.

Jak wróciliśmy, dom był spalony. Babcia nas bardzo czekała, ale nie doczekała. Zmarła 16 października 1945 roku. Na podwórku zastaliśmy taki stożek ze słomy, w którym widocznie nocowała. W tam w środku,  znaleźliśmy woreczek z kaszą gryczaną, możliwe, że dla nas to trzymała. Przyjęła nas rodzina Żukowskich [Żukowscy to bardzo popularne w Kuźnicy nazwisko, nie chodzi tu o rodzinę Jasia Żukowskiego, autora zdjęć – AP-O], która też na Podlipskiej mieszkała, ale ich dom był w pewnej odległości od pozostałych, i kryty blachą, nie słomą; dlatego się nie spalił podczas wojny. Jak nas wywieźli, babcia poprzekazywała nasze krowy w opiekę, jedna była więc u kuzynów w Zajzdrze, druga w Podlipkach. I potem ci z Zajzdry tę krowę mamie odkupili. Ale ona krowy nawet nie prowadziła do domu, ale ją od razu sprzedała. Za otrzymane pieniądze kupiła domek z rozbiórki na jakiejś wsi. U nas był pusty plac, tylko słupy od stodoły jeszcze stały. No i sąsiad pomógł nam pobudować ten przeniesiony domek, i potem długo w nim mieszkaliśmy. Gdy brat się ożenił, jeszcze dzieci rodziły się w tym domku, potem brat go rozebrał i postawił murowany.

Kuźnica, do której wracaliśmy była inna niż ta, która zostawialiście. Nie tylko przez to, że spłonęła w 1941, a potem także w 1944. Przede wszystkim nie było w niej już społeczności żydowskiej…

Z nami wracała żydowska rodzina Górnickich, też deportowana przez Sowietów. Na jednej pryczy jechaliśmy; jedna z ich córek Rokka miała chorobę Downa, pamiętam ją jak dziś. Dzięki temu, że ich wywieźli, oni ocaleli. Gdy jechaliśmy ta  Haszka Górnicka mówiła: nie pojedziemy do Kuźnicy, bo tam jeden tylko Żyd ocalał, a i tego potem zabili. Postanowili  więc od razu wyjechać do Izraela. Kilka lat temu do Kuźnicy przyjechała stamtąd ich wnuczka albo prawnuczka, zobaczyć ziemię przodków. Bo oprócz chorej Rokki, Górniccy mieli jeszcze córkę Krejnę, pamiętam, że ona była bardzo dobrą krawcową. Plac Górnickich był tam, gdzie dziś stoi GOK. Pamiętam, że obok miał sklep Żyd Lejna, sprzedawał takie smaczne pieczywo, pamiętam też sklep u Sprincy. Mama czasem da jajko, a mnie się tak chce cukierków, idę więc do tej Sprincy i zamieniam – jajko na kilka landrynek.

Pani po powrocie miała 17 lat i już nie poszła do szkoły…

Ale w domu też długo nie zostałam. Chciałam się nauczyć szyć, chodziłam do krawcowej co mieszkała za drogą i u niej terminowałam. Potem mama kupiła mi maszynę i byłam już w stanie na siebie  zarobić. Wszystkim swoim dzieciom potem szyłam, jeszcze i dla kogoś innego się zdarzało. Jak wyszła za mąż, mąż miał ziemię i gospodarstwo, to już pracowaliśmy wspólnie na gospodarstwie. Miałam 24 lata, gdy wyszłam za Frelinga. To był jeszcze mój kolega ze szkolnej ławy. Razem mieliśmy pięcioro dzieci i przeżyliśmy wspólnie życie, mąż zmarł w 2000 roku.

Genowefa Freling z domu Sztygiel; ur. w 1929 w Kuźnicy.

 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego