Notice: Funkcja WP_Scripts::localize została wywołana nieprawidłowo. Parametr $l10n musi być tablicą. Aby przekazać dane do skryptów, proszę użyć funkcji wp_add_inline_script(). Dowiedz się więcej: Debugowanie w WordPressie. (Ten komunikat został dodany w wersji 5.7.0.) in /home/platne/serwer29413/public_html/albom.pl/wp-includes/functions.php on line 6131
Rozmowa z Janem Szczawińskim - Albom.pl

Rozmowa z Janem Szczawińskim

Położenie dobre, ale trudne

 

Aneta Prymaka-Oniszk: Pan urodził się w Kuźnicy w 1949 roku. Jaką Kuźnicę pamięta pan ze swego dzieciństwa? Czy zdążyła już odbudować się po wojnie?

Jan Szczawiński: Dużo już było odbudowane, choć w całości jeszcze nie. Kuźnica była bardzo  przez wojnę zrujnowana, ale już się dźwigała. Kościół już działał, szkoła też była wybudowana. Ludzie wtedy byli bardzo pracowici, starali się  jak najszybciej wszystko odbudować.

Mieszkaliśmy wtedy na Podlipskiej. Nasz dom nie spalił się w czasie wojny, tam zresztą nie wszystko było tak strasznie zburzone, jak w innych częściach. Ale  jeszcze pamiętam gruzy w centrum. Pamiętam też, jak budowali nasz dom kultury; to było gdzieś w 1963 roku. Wcześniej w tamtym miejscu, gdzie dziś jest GOK, stał poniemiecki barak. Za okupacji były tam jakieś magazyny.

W 1963 roku kończyłem siódmą klasę, fundamenty domu kultury były już wylane i my jako szkoła w ramach czynu społecznego chodziliśmy plantować ziemię. Tam były pryzmy nawożonej ziemi, nam dawali łopaty i trzeba było tę ziemie porozkładać, wyrównać na całości. Chodziłem do podstawówki już na Sokólskiej; do tego wysokiego budynku drewnianego;  co po wojnie go postawili w miejscu, gdzie kiedyś była bożnica. Szkoły to jeszcze siedmioklasowa. Dużo dzieci w klasach było. I do tego po wsiach gminy kuźnickiej też mieli szkoły: i w Nowodzieli była szkoła, tysiąclatka, tam z setka dzieciaków się uczyła. I w Saczkowcach, w i Starowlanach też mieli szkoły.  W Wołkuszy była czteroklasówka, i w Kowalach. W Czuprynowie była szkoła. I wszędzie było pełno. To nie tak jak teraz, gdy dla całej gminy jest tylko jedna szkoła.

Gdy się Pan uczył w tej szkole, czy mówiło się, że jeszcze kilkanaście lat wcześniej w tym samym miejscu stała synagoga? Czy były jakieś ślady po tym?

– Nie, nie mówiło się. I nie było żadnego śladu. Kuźnica w 1941 roku [po ataku Niemiec na ZSRR – AP-O] została zbombardowana i prawie cała spalona. No ale ludzie zdążyli już domu postawić.  Tylko, że jakie to domy; lepianki raczej. A potem w 1944 roku, podczas przejścia kolejnego frontu, jeszcze raz niemal wszystko spłonęło. To przejście frontu to był straszny czas, ludzie w piwnicach siedzieli. Matka opowiadała, że przez katolicki cmentarz i dalej przez cmentarz żydowski, stała linia frontu. Rosjanie atakowali, ale nie dali rady Kuźnicy wziąć. W kościele na wieży siedział niemiecki obserwator i dowodził, jak mają strzelać. W końcu Rosjanie z działa na Kuźnicę puścili katiuszę. Mama opowiadała, jak to szło, jak największa wichura. Mówiła, to oni siedzieli na Podlipskiej u sąsiada w piwnicy, tam już okolice zajęli Rosjanie. I wcześniej 2 sołdatów przyszło i mówi im: nie pugajties, bo zaraz przejdzie katiusza, to będzie jak największa wichura. I rzeczywiście tak było.

No i potem jak już przyszła Armia Czerwona, tu zaraz za Podlipskiej zrobili granice. Pasy poorane ziemi tam były i radzieccy żołnierze pilnowali ich i w dzień, i w nocy. Nie przejdziesz tej granicy. Pobudowali takie majaki –  wysokie drewniane wieże, tak by stojąc na jednej wieży  wiedziało się drugą, żeby móc utrzymać kontakt wzrokowy przez całą długość granicy.

Ludzie próbowali ją przekraczać, przecież po drugiej stronie zostały rodziny, znajomi. Tu blisko jest wieś Podlipki, ludzie znali się, mieli po sąsiedzku pola, zresztą Podlipki też należały do parafii kuźnickiej. Czasami więc nasi widzieli, jak po tamtej stronie przychodzili kosić kołchoźniki, ich znajomi,  chciało się coś krzyknąć, porozmawiać. Ale sołdaty pilnowali, żeby nie było żadnych kontaktów. I rzeczywiście kontakty się urywały. Przez granicę nie można było przejść, nie było przejścia drogowego, a kolejowe też nie było dostępne. Tylko jeśli bliska rodzina tam została i gdy ktoś umarł to na telegram przepuszczali i zdarzało się, że ktoś na piechotę przechodził granice i przychodził na pogrzeb.

Drogi polne, ścieżki, po których się chodziło, zostały przecięte. Najgorzej było dla tych rolników, co mieli pola przy granicy, bo krowy, konie, owce wcześniej chodziły tam swobodnie. Bydło było przyzwyczajone i weź je teraz utrzymaj; ono idzie na swoje łąki, gdzie zawsze chodziło, bo przecież bydło pamięta. I czasem taka krowa ucieknie za granicę, ale potem zwykle sołdaci tę krowę oddawali.

Raz jeden 80-latek poszedł zbierać maliny czy grzyby, pomylił drogę i przeszedł granicę. Zaraz go złapali i pytają, jak tutaj trafił? Ja się pomylił, ale już teraz wiem, trafię do domu. Chce iść, ale jego nie puszczają.  Zwykle takich, co przypadkiem przeszli  do Grodna odstawiali, by sprawdzić tam, czy nie są szpiegami i potem z Grodna służby polskie musiały go odebrać. Ale jak ci radzieccy pogranicznicy zobaczyli, że to 80-latek, stary taki,  uwierzyli mu, że nie jest szpiegiem i sami go do Kuźnicy przywieźli.

Kuźnica była wtedy miasteczkiem, gdzie się kończył świat. Co najmniej jedna z jego stron była zamknięta, jakby nie istniała…

– Bo Kuźnica jest w położeniu niby dobrym, ale trudnym. Tu jest węzeł komunikacyjny Wilno- Warszawa, zawsze więc różni walczyli o tę Kuźnicę. Car budował drogę na Petersburg, na Berlin; także te tory.  Potem w 1944 roku przyszła granica… A jeszcze potem, jak wolność po 1989 roku się zrobiła, to przez tę granicę zaczął się handel; handlowali ropą, papierosami, wszystkim.

Na tym rynku handlowali, co był pod starą szkołą, do której kiedyś Pan chodził?

– To dopiero później tam, ale najpierw rynek był tu, gdzie dziś jest sklep „Gama”, on był tam od dawna.

Granica, która po wojnie okrutnie przecięła te ziemie, w latach 90. kształtowała nową rzeczywistość. Wydawało się, że w kapitalizmie granica może być żyłą złota…

Byli i tacy, co się na granicy dorobili. Przez granicę szedł handel: najpierw, jeszcze w latach 80. Przywozili z ZSRR telewizory kolorowe, a później w drugą stronę płaskie telewizory wieźli. W latach 90. i później meble szły na wschód; wiele osób w Sokółce czy Białymstoku z tego żyło. Tu fotele do sprzedania na ulicy stały, można było się na nich przespać. I drobny handel, i ropa… Ja tam nie handlowy człowiek, ale ludzie wszystko wozili. Na granicy też dużo ludzi pracowało; a to w agencjach celnych, to przy obsłudze granicy, w sklepikach, nie sklepikach. Ale teraz granicę zamknęli i to wszystko stoi.

Na drodze tuż obok pana domu wcześniej stały kolejki TIRów. Teraz obok jest wielka budowa obwodnicy do zamkniętej granicy.

Dobrze, że tę ekspresówkę budują; gdy granica była czynna, kolejki czasami stały aż za Sokółką; osobówki i towarowe. Blokowali drogę i czasem od nas nie dało się wyjechać. No i bardzo głośno było; jak latem okna otworzysz, nawet telewizora nie słuchać. Burczały te TIRy zimą, grzały się, by nie zamarznąć, ale i latem, bo tam wiele chłodziarek jechało, i one cały czas musiały pracować. A jak pod górkę rusza taki TIR, to ziemia się trzęsła. To bardzo uciążliwe było.

Drugim, poza handlem granicznym, ważnym dla rozwoju Kuźnicy elementem była też kolej…

O tak, z Kuźnicy dużo ludzi pracowało na kolei, nie to, co teraz. Jak zrobili przestawkę to dużo ludzi zatrudniono, bo te radzieckie wagony na szerokie tory trzeba było przestawiać na nasze wąskie. I z wąskich na szerokie. Pociągi często kursowały, bez problemu można było dojechać do Białegostoku czy Sokółki; ludzie do pracy dojeżdżali, młodzież do szkół.

W mojej młodości, w latach pięćdziesiątych Kuźnica była jeszcze rolniczą miejscowością. Dużo ludzi tutaj uprawiało ziemię,  prawie wszyscy. Ta była taka wioska, kowal był, szewc, krawiec. Ale coraz więcej ludzi do pracy szło, dojeżdżało do miast.

A Jana Żukowskiego Pan pamięta?

– Tak. Na kolei pracował, był młotkowym – chodził w wielkim młotem i jak pociąg przyjechał, musiał ostukać wszystkie koła. Robił też ziemię. Żukowscy to byli dobrzy gospodarze, dość zamożni; mieli damfę [młockarnia szerokomłotna – AP-O], ludzie tę damfę od nich wypożyczali.

On podobno w Dachau był, ale nikomu tu o tym nie mówił, dopiero przed samą śmiercią powiedział. Był już sporo po 80,. gdy długą brodę zahodował; i ludzie pytali, dlaczego. Mówił, że w obozie było ich pięciu. Umówili się, że jak jeden umrze, to następny hoduje brodę, a potem następny. No i w końcu z tej piątki tylko on został, stąd ta broda.

Jan Szczawiński – ur. w 1949 roku w Kuźnicy, tu do dziś mieszka. 

 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego