Notice: Funkcja WP_Scripts::localize została wywołana nieprawidłowo. Parametr $l10n musi być tablicą. Aby przekazać dane do skryptów, proszę użyć funkcji wp_add_inline_script(). Dowiedz się więcej: Debugowanie w WordPressie. (Ten komunikat został dodany w wersji 5.7.0.) in /home/platne/serwer29413/public_html/albom.pl/wp-includes/functions.php on line 6131
Rozmowa z Jerzym Wojtkowiakiem i Józefem Rudziem - Albom.pl

Rozmowa z Jerzym Wojtkowiakiem i Józefem Rudziem

Nie o wszystkim mówiono otwarcie

 

Aneta Prymaka-Oniszk: Gdy na pierwszym spotkaniu w GOK pokazywałam zdjęcia Jana Żukowskiego, Pan już przy pierwszej fotografii pomógł umiejscowić je w czasie. Chodziło o charakterystyczny szczegół w tle…

Józef Rudź: Na tym zdjęciu autorstwa Jana Żukowskiego w tle jest wieża ciśnień w budowie, otoczona rusztowaniami. A ja mam zdjęcie, w którym jest ona na podobnym etapie powstawania. Widać ją w tle, za naszym domem. Moja mama trzyma mnie na ręku, mam tam niecały rok. Urodziłem się w lutym 1953 roku; można się więc domyślać, że to zdjęcie, które pani pokazywała Jan Żukowski zrobił w podobnym czasie, może w 1954 roku. Na tym zdjęciu jest budowana wieża, nie ma jeszcze tego zbiornika na niej, który powstał później.

Kto zrobił to Wasze zdjęcie?

JR: Mój ojciec.  Miał on już wtedy aparat  „Fed”. Fotografował głównie rodzinę; ale do dziś nie zachowało się zbyt wiele jego zdjęć,  do tego mama część z nich spaliła. Tata pracował na kolei podobnie jak wiele osób z Kuźnicy, ja zresztą też.

Pan Rudź mieszka w Kuźnicy od urodzenia, pan Wojtkowiak w wieku dwóch lat przyjechał tu z rodzicami. Lata 50. I 60. to Wasze dzieciństwo. Jak wyglądała ówczesna Kuźnica?

JR: Ulica Sokólska, główna ulica w Kuźnicy, była brukowana…

Jerzy Wojtkowiak: Asfalt położyli tam dopiero wtedy, gdy wojska radzieckie szły na Czechosłowację, czyli latem 1968 roku. Pamiętam, jak te wojska szły wtedy przez Kuźnicę, na ulicy Sokólskiej już nie było kocich łbów, tylko asfalt; oni zresztą szli do NRD, aby zastąpić stacjonujące tam od II wojny światowej wojska radzieckie, bo te głównie poszły do Czechosłowacji.

W czasie wojny Kuźnica była dwukrotnie spalona, czy w czasach Waszego dzieciństwa widać było jeszcze powojenne ruiny? 

JR: Raczej się już odbudowała, za mojej pamięci nie było już ruin w Kuźnicy. Moja ciocia mieszkała w Warszawie i do niej czasem jeździliśmy, tam pamiętamy ruiny, których wtedy były tam jeszcze mnóstwo. Zresztą w Kuźnicy była trochę inna sytuacja; tu domy były głównie drewniane i jak się spaliły, nie zostawał po nich niemal żaden ślad; nie było więc gruzów jak po murowanych kamienicach. Przed wojną Kuźnica była w większości żydowska.

Czy ta pamięć o żydowskiej społeczności istniała? Czy wspominano o dawnych sąsiadach w codziennych rozmowach, czy mówiono w szkole?

JR: Nie, w ogóle nie mówiono. Zresztą dziś także, choć wydaje się, że wszystko się zmieniło, wciąż  podczas wielu uroczystości nie wspomina się o żydowskiej społeczności, jakby tych ludzi tu w ogóle nie było.

JW: Pamiętam, gdy byłem w podstawówce, to starsi chłopcy chodzili palić papierosy na cmentarz żydowski (przy budowie obwodnicy w latach późniejszych go ogrodzono) – mówiło się, że „chodzą na Żydki”. O tyle wtedy wiedziałem o Żydach kuźnickich. Więcej dowiedziałem się o dopiero gdy już byłem dorosły. Zresztą dotyczyło to nie tylko dawnej społeczności żydowskiej. Nie pamiętam, by mówiono w  podstawówce o mniejszościach, o Białorusinach, czy Ukraińcach, o prawosławnych. A przecież oni tu mieszkali, chodzili do naszej szkoły. Pewnie nawet byli w mojej klasie, ale ja o tym nic wtedy nie wiedziałem. Jako małe dziecko przyjechałem z  poznańskiego i nie znałem tutejszych realiów. Mało tego: mój ojciec był wojskowym, służył w Wojskach Ochrony Pogranicza i w związku z tym nie chodziłem do kościoła, bo w PRL-u wojskowi i ich rodziny nie mogli oficjalnie praktykować swoich religii. Byłem ochrzczony jeszcze w Wielkopolsce, zresztą do pierwszej komunii też tam przystąpiłem. Wakacje w szkole podstawowej zawsze spędzałem u dziadków; mieszkali w Chwałkowie  Kościelnym na kolonii, tam przez cały miesiąc chodziłem dwa kilometry do wsi do kościoła, do sióstr zakonnych i przygotowywałem się do komunii. Ale w Kuźnicy do kościoła nie chodziłem, nie wiedziałam więc, kto z klasy tam chodził, a kto nie.

JR: Ja tu mieszkam od urodzenia, wiedziałem więc od początku, kto jest katolikiem, a kto prawosławnym. Moja rodzina zawsze była otwarta i to, że ktoś jest innego wyznania, nie było problemem. Teraz bywam w cerkwi jako  przewodniczący koła seniorów w Kuźnicy; zbieramy wśród nas pieniądze na dzień kolejarza, 25 listopada i dajemy na msze i w kościele, i w cerkwi.

Ale kiedyś oficjalnie, na przykład w szkole, nie mówiło się o prawosławnych. Nie wspominano też o bieżeństwie i innych tutejszych historiach. Dziś mam tez mieszane uczucia do tzw. żołnierzy wyklętych – mój ojciec opowiadał, że zanim kupili dom w Kuźnicy, mieszkał w Czepielach i że często tam przychodzili, pukali w okno, podstawiali kosz i kazali dawać jedzenie. I jak mówiło się, że nie ma się jedzenia, to mówili – a chcesz, byśmy granat wrzucili? To nie była oczywista historia, na pewno nie taka, jak się dziś opowiada, gloryfikując ich.

W jakim języku ludzie między sobą rozmawiali?

JR: Po prostu w większości, czyli gwarą białoruskiego. Choć w domu do mnie mówiono już raczej po polsku. Moja mama pochodziła z okolic Dąbrowy Białostockiej, tam też mówiono po prostu, ale niektóre słowa się różniły. Niektórych tutejszych słów więc nie rozumiała. Jej się nie podobało słowo: maciara [akcent na pierwszą sylabę – AP-] – matka. Koło Dąbrowy takiego słowa nie używano.

W szkole częściej po prostu rozmawiały dzieci z okolicznych wsi: z Kowali i Saczkowiec. Zwłaszcza ci tak zwani „przerośnięci”, którzy powtarzali klasę, często wielokrotnie. Ja poszedłem do szkoły rok wcześniej, najstarszy uczeń w klasie był o 5 lat od mnie starszy. Dla nas, jeszcze dzieci, tacy jak on byli prawie dorośli; bywało, że  nawet nauczycielom grozili, potrafili powiedzieć: jak się będziesz mnie czepiał, przyniosę karabin i cię zastrzelę.

Część dzieci zresztą kończyła swoją edukację na 7 klasie [szkoła była siedmioklasowa, w moim roczniku zmieniono ją na 8-klasową] i dalej pracowały na gospodarstwie, a jeśli ktoś chciał i mógł dalej się uczyć, zwykle szedł do szkoły do Białegostoku lub Sokółki.

Na zdjęciach Jana Żukowskiego, które powstawały wtedy, gdy panowie byli dziećmi, czasem widać rzekę Łosośnę, albo Żwegrę (dopływ Łosośny). W porównaniu z tym, jak dziś wyglądają te rzeki, na zdjęciach robią wrażenie dużych, dzikszych, bardzo włączonych w życie ówczesnych ludzi. 

JW: Bo tak było. Pamiętam, że Żwegra była o wiele szersza niż dziś, miała w wielu miejscach nawet 5 metrów szerokości. Ale i wtedy nie była zbyt głęboka.

JR: W jednym miejscu Żwegra była zatamowana, bo ciągnięto z niej wodę do żwirowni, do płukania żwiru. Żwirownia mieściła się tam, gdzie teraz jest szkoła [u zbiegu ulic Jagiellońskiej i Szkolnej – AP]. Ale zimą zwykle rozlewała się szeroko. Pamiętam, jak starsi chłopcy robili kręciołke na lodzie…

Pamiętam to jeszcze ze swojego dziecińska w latach 80. w Knyszewiczach. Jeszcze jesienią wstawiało się żelazną żerdź w staw czy rozlewisko, a gdy woda zamarzła, zakładano na tę żerdź  drewniane koło od wozu, przymocowywano do niego 2 lub 4 drążki drewniane, które tworzyły karuzelę. Przywiązywało do tego sanki i gdy się rozpędzało konstrukcję, można było kręcić się niczym na bardzo szybkiej karuzeli. U nas mówiono na to: kruciołka.

JR: Tak, u nas też to była kruciołka, według mojej pamięci robiono ją w Kuźnicy we wczesnych latach 60.

Ja mieszkałem bardzo blisko Łosośny, to była wtedy duża rzeka. Ale i tak zimą często była skuta lodem. I potem, gdy lody puszczały, my, dzieciaki pływaliśmy na krach. I kiedyś kra złamała mi się pod nogami i wpadłem do wody, bałem się potem wracać do domu. Po tych zabawach przychodziliśmy potem w mokrym ubraniu, czasem w zmrożonym.

JW: To były inne czasy, dziś niewyobrażalne. Nikt dzieci nie pilnował, bo nie miał na to czasu; myśmy się sami bawili i rodzice często nie wiedzieli, co robimy. Latem chodziliśmy z kolegami się kapać. I o ile pamiętam, nie było przypadków, by się ktoś utopił. Chodziliśmy całą grupą, nikt nie szedł sam, pilnowaliśmy się więc nawzajem, uważaliśmy na siebie.

Gdzie się w Kuźnicy chodziło kapać?

JW: Było kilka kąpielisk na rzece Łosośnie. Patrząc od strony Sokółki, zaczynało się od Krzywej Wierzby. Na tej Łosośnie wody było najwyżej do pasa, ale tam było zakole i było o wiele głębiej, można było świetnie popływać. Było też łagodne zejście wokół, wokół rozciągała się łąka.

JR: A ta nazwa Krzywa Wierzba była stad, że tam naprawdę rosła krzywa wierzba, wyniesiona wprost nad rzekę, można było na nią wejść, jako dzieciaki często to robiliśmy. Mieszkałem bardzo blisko tej Krzywej Wierzby, prawie naprzeciwko.

JW: Następnym kąpieliskiem był tak zwany Kruhlik [od białoruskiego kruhły – okrągły – AP-O], to bardziej w stronę cerkwi. Tam też było zakole z głębszą wodą. Ale ja tam tylko raz byłem; to kąpielisko było mniej popularne, pewnie dlatego, że trudniej było tam dojść. Krzywa Wierzba była bardzo popularna, bo była zaraz obok starej drogi, łatwo było tam dojść, więc ludzie przychodzili. Trzecie kąpielisko nazywało się Mosty, bo było przy moście na drodze do Kowali [dziś  to ulica Sidrzańska – AP-O] zaraz za gospodarstwem Jana Żukowskiego, pani wujka. To było za drugim mostem, po prawej stronie. Tam była piękna łąka, a na Łosośnie tworzyło się szerokie rozlewisko. Dość głębokie, bo wody było tam nawet po szyję. Tam właśnie koledzy próbowali mnie uczyć pływać. Wrzucili mnie na środek rzeki, i oczywiście się niczego nie nauczyłem. Tam tez był dobry dojazd, więc ludzi bywało sporo.

A czwarte kąpielisko było naprzeciwko przestawki. Mówiono na nie Księdzowskie Jamki, bo było tuż przy łące księdza [zaraz za przejazdem skręcało się w prawo, mijało gospodarstwo Jana Żukowskiego i przejeżdżało most na rzece Żwegrze, która niedaleko wpada do Łosośny; za Żwegrą zaczynała się księdzowska łąka – AP-O]. To kąpielisko było bardzo popularne, jak już byłem nastolatkiem, tam się wtedy chodziło pływać.

JR: Dojście do rzeki było w zasadzie wszędzie. Łąki były wykaszane – jak nie na paszę, to na podściółkę dla trzody – brzegi nie były więc zarośnięte tak, jak teraz. No i były też miedze, którymi można było dojść właściwie wszędzie.

JW: Nie było problemów, by wejść na czyjąś łąkę, by się pokąpać.

Rozumiem, że kąpiący się mieli wyobraźnię i – i jak trawa była już duża, do koszenia, to jej nie deptali?

JR: Raczej tak, choć pewnie nie wszyscy; pamiętam, że ktoś rzucał potłuczone butelki, szkło do rzeki, by się na jego łące nie kąpali, ale to były wypadki sporadyczne.

Wśród fotografii Jana Żukowskiego znalazłam dwa przedstawiające młodych ludzi w mundurach gdzieś w koszarach, może w leśnictwie. Wiele osób mówiło, że to może być w Chreptowcach tuż przed Kuźnicą (patrząc od strony Sokółki), gdzie mieściła się w tamtym czasie jednostka Wojsk Ochrony Pogranicza. Czy Pana rodzina po przyjeździe do Kuźnicy tam mieszkała?

JW:  Tak, na początku mieszkaliśmy w Chreptowcach. Na Kubie – tak potocznie nazywano placówkę WOP, którą tu stworzono [na miejscu dawnego dworu – AP-O].  Mój tata, żołnierz WOP, trafił do Kuźnicy w 1956 roku; służbę w WOP-ie zaczynał aż pod granicą z Kaliningradem i średnio co 2 lata przenoszono go do innego miejsca. Taka była wtedy praktyka WOP, aby żołnierze nie służyli zbyt długo w jednym miejscu, i po tzw. odwilży gomułkowskiej w 1956 ją zmieniono. Wtedy utworzono Placówkę WOP w Kuźnicy, przeniesiono ją z Krynek; no i tata osiadł w Kuźnicy. Zamieszkaliśmy właśnie w Chreptowcach, chyba 7 rodzin tam mieszkało, gdzie był budynek dawnego dworu i 2 drewniane baraki; w budynku dworu i w jednym baraku były mieszkania, w drugim okresowo mieszkało wojsko z Brygady WOP w Białymstoku. W 1965 roku dla kadry zawodowej wybudowano budynek przy dworcu kolejowym w Kuźnicy, było tam 8 mieszkań. Mój tata miał trójkę dzieci, dostał więc największe, trzypokojowe. Wyprowadziliśmy się z Kuby, ale część kadry tam została, albo wynajmowała mieszkania w Kuźnicy. Kuba była coraz bardziej opuszczona i zaniedbana. Mówiło się, że po latach wojsko rozebrało budynek dawnego dworu.

JR: Pamiętam, jak w 1983 roku latem byłem na urlopie i robiliśmy elewację naszego domu w Kuźnicy. Nagle usłyszeliśmy ogromny wybuch,. Mówiono później, że wysadzono ten dawny dworek w Chreptowcach, w których były mieszkania placówki WOP. Ponoć celem pozyskania cegły.

A czy na zdjęciach Żukowskiego  jest właśnie owa Kuba, czyli koszary w Chreptowcach?

JW.: Według mnie nie. Te budynki tam wyglądały inaczej; no i nie było tam tak zwartego lasu, jak na zdjęciach. Może przedstawiają one raczej jakąś leśniczówkę, coś związanego z leśnictwem?

To na koniec pytanie o autora zdjęć, Jana Żukowskiego. Jak go Panowie pamiętają?

JR: Po mleko do nich nie chodziliśmy, ale po miód tak; Wielokrotnie z nim rozmawiałem. Kiedyś mi powiedział, że koło przejazdu, tuż koło ich obejścia, rosły kiedyś dwa dęby.  Po przeciwnej stronie ulicy był domek zawiadowcy stacji; tam gdzie była obrotnica; i tam tez były dwa dęby, ten dom się spalił we wrześniu 1939 podczas nalotu na stację i te dęby również.

JW: On tez pracował na kolei, w służbie rewidentów wagonów; m.in. kontrolował wagony przed odjazdem pociągu, czy są hamulce sprawne; chodził z takim wielkim młotkiem i sprawdzał hamulce na kołach wagonów.

Jerzy Wojtkowiak – ur. w 1954 roku w Chwałkowie Kościelnym w Wielkopolsce, mieszkał w Kuźnicy od 1956 do 1984 roku, z zawodu elektronik, przez całe życie zawodowe pracował na PKP, zaczynał w radiołączności, potem w kierownictwie różnych jednostek PKP.

Józef Rudź – ur. w 1953 roku w Sokółce, przez całe życie mieszka w Kuźnicy; pracował na PKP w telekomunikacji kolejowej.

 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego