Rozmowa z ks. Włodzimierzem Misiejukiem

To był czas formowania i cementowania
Aneta Prymaka-Oniszk: W 1983 roku został ksiądz skierowany do parafii prawosławnej w Sokółce. Tu od 1946 roku służył ks. Sergiusz Pietraszkiewicz; wcześniej proboszcz parafii w Kuźnicy. Jego rodzinne związki z sokólską parafią są jeszcze wcześniejsze: od 1933 roku proboszczem był tu jego teść, ks. Jerzy Mackiewicz. Obaj, po kolei, pełnili też funkcję dziekana Dekanatu Sokólskiego, do którego należy m.in. parafia w Kuźnicy.
- Włodzimierz Misiejuk: Z Ojcem Sergiuszem przez ponad dwa lata staliśmy razem przy ołtarzu. On nie korzystał z ksiąg, odprawiał wszystko z pamięci. Jeszcze wcześniej, zanim zostałem skierowany na parafię do Sokółki, spotykałem ojca Sergiusza w Ostrowiu u ks. Aleksandra Klimuka, u którego bywałem, albo u mojego brata, ks. Grzegorza Misijuka, który służył na parafii w Drohiczynie. Potem, gdy odszedł w 1985 roku, bardzo często parafianie przychodzili i mówili jak to było za ojca Sergiusza. Bardzo to szanowałem. Był na parafii w Sokółce w trudnym okresie i go przetrwał. Doceniam, że mogłem u boku takiego człowieka się czegoś nauczyć.
Czy podczas tych dwóch lat zdarzało się, że ks. Pietraszkiewicz dużo opowiadał o latach spędzonych w Sokółce i wcześniej, w Kuźnicy?
To nie były czasy, gdy się wiele opowiadało, głównie z ostrożności, by komuś nie zaszkodzić. Jeśli już o. Sergiusz opowiadał, to raczej o bardziej odległych czasach. Na przykład historię, która przydarzyła się jego ojcu, też duchownemu – ks. Onufremu Pietraszkiewiczowi na terenie dzisiejszej Białorusi, gdzie wtedy służył. Rewolucja ogarniała kolejne ziemie. Zajechał do swojego dziekana, a tam już przyszli bolszewicy, i tamten go zapytał: „A ty jeszcze wierzysz w Boga?”. Bo różne postawy ludzie przyjmowali, różne rzeczy robili. Może to była historia, by mnie, młodego duchownego, przestrzec. Jakoś przygotować na to, co mnie mogło czekać?
Czasy spędzone na parafiach Sokólszczyźnie przez ks. Jerzego Mackiewicza [w Sokółce od 1933, tu zmarł w 1953] i ks. Sergiusza Pietraszkiewicza [w latach 1934-1946 w Kuźnicy, potem w Sokółce, gdzie zmarł w 1985 roku] oraz przez ich rodziny, nie były łatwe. Jaka to była parafie wtedy, na początku lat 30.?
– Parafia sokólska, jako jedna z nielicznych w dekanacie, otrzymała zgodę władz polskich na funkcjonowanie [przed I wojną światową dekanat sokólski liczył jedenaście parafii i trzy filie, po 1918 roku władze odrodzonej Polski, w związku z polityką nieprzychylna mniejszościom, pozwoliły na otwarcie tylko czterech parafii: w Sokółce, Kuźnicy, Jacznie i Jurowlanach – APO]. Jeśli chodzi o Sokółkę – w wyniku wojny i bieżeństwa 1915 roku bardzo zmieniła się struktura przynależnej do parafii ludności; wielu bieżeńców nie powróciło już do miasta i trzonem parafii zostało Wierzchlesie z przyległymi wsiami. I to one stanowiły teraz podstawą parafii. Było to widać na przykład na Wielkanoc, gdy już z wieczora zjeżdżali się furami i czekali na nabożeństwo, które się zaczynało tuż przed północą.
Miasto, choć zwróciło parafii należną jej ziemię i drewniany dom psalmisty, przejęło murowaną plebanię, kupioną przez parafię jeszcze w 1843 roku. Parafia uwikłała się w sprawy sądowe, które dwukrotnie zakończyły się przychylnymi dla niej wyrokami, ale własności nie odzyskała. Starostwo ociągało się z wykonaniem orzeczenia sądowego do wybuchu II wojny światowej. W 1939 roku władze radzieckie zawłaszczyły budynek na potrzeby szpitala, zaczęły go też remontować, ale po nadejściu Niemców obiekt nadawał się jedynie do rozbiórki. W tym czasie, w 1941 roku władze niemieckie, ponoć po podszeptach nieprzyjaznych prawosławnym osób, nakazały rozbiórkę dzwonnicę cerkiewnej. Amstkomisarz wezwał władze cerkiewne i zapowiedział rozbiórkę tłumacząc, że wpłynął donos, że na dzwonnicy mogą ukrywać się partyzanci; tam było niewielkie pomieszczenie, gdzie do przyjścia Sowietów w 1939 mieszkał stróż, a teraz stało puste. Przy okazji rozbiórki dzwonnic, rozebrano też ogrodzenie wokół świątyni. Wokół cerkwi był rynek, właściwie plac targowy; gdy zniknęło ogrodzenie handel zaczął wchodzić na cerkiewny plac. Od długoletniego starosty cerkiewnego Józefa Kuźmina słyszałem, że zdarzało się wykorzystanie przez niektórych handlujących ścian świątyni do wieszania suszonych grzybów, ubitego drobiu lub innego towaru. Dopiero interwencja w żandarmerii położyła kres podobnym praktykom.
Od Leonida Pietraszkiewicza, syna ks. Pietraszkiewicza, wnuka ks. Mackiewicza dostałem zdjęcie pokazujące moment rozbiórki dzwonnicy; możliwe, że ktoś je zrobił z ukrycia, ryzykując swoim życiem. Widać tu wozy czekające na cegły; mosiężne dzwony zostały zdjęte i prawdopodobnie wysłane do fabryki Kruppa, gdzie przetopiono je na armaty. Wiele lat później, w 2010 roku rozpoczęliśmy odbudowę dzwonnicy. Gdy już kończyliśmy prace, i dźwig podnosił dzwony, by umieścić je na dzwonnicy – spojrzałem na maszynę i zobaczyłem, że dźwig pochodzi z fabryki Kruppa. Przyszło mi do głowy, że to może choć odrobina dziejowej sprawiedliwości.
Te historie pokazują, w jak trudnych okolicznościach musieli służyć ks. Mackiewicz i ks. Pietraszkiewicz. W 1951 r. odebrano parafii 35 ha gruntów leżących na obrzeżach miasta. Zezwolono jednak (chociaż po cichu) na ustawienie prowizorycznego ogrodzenia świątyni parafialnej.
Wtedy w Sokółce był już także ks. Pietraszkiewicz….
– W czasach ojca Sergiusza parafia diametralnie się zmieniła. Jak już wspominałem, parafian w samej Sokółce nie było wielu; byli to głównie mieszkańcy okolicznych wsi: Wierzchlesia, Nowowoli, Makowlan, itp. Jak przegląda się metryki z tego czasu, to była duża dysproporcja. Dopiero jak w Sokółce zaczął rozwijać się przemysł: zaczęto budować Zakłady Stolarki Budowlanej Stolbud [powszechnie nazywane tu Stolarką – AP-O], powstał Spomasz, inne zakłady, zjeżdżali się ludzie z całej okolicy, by w nich pracować. Część naszych parafian z Wierzchlesia i innych okolicznych wsi tu się przeniosła. Jeśli chodzi o kadrę Stolarki – najbliższa szkoła, która kształciła ludzi do tego zawodu, to było technikum drzewne w Hajnówce, więc jechali jego absolwenci, by objąć tu funkcję brygadzisty, itp.; oferowano im mieszkanie. I w ten sposób parafia bardzo się zmieniła. Gdy już w latach 80. zacząłem tu chodzić po kolędzie, słyszałem niemal każdy odcień mowy z całego województwa: nie tylko z Sokólszczyzny: z Wierzchlesia, Dąbrowy czy Krynek albo Kuźnicy, ale także spod Hajnówki, z Narewki czy Berezowa. W tych pierwszych latach ludzie byli bardzo zagubieni, bywali nieufni, czasem ten kontakt było ciężko nawiązać. Trzeba było tę parafię sformować, scementować.
W 1983 roku, gdy ksiądz przyjechał do Sokółki, trwały starania, by odbudować plebanię….
One rozpoczęły się jeszcze za o. Sergiusza. Władze długo nie chciały się zgodzić na tę budowę, dopiero gdy zaczęły się w kraju tarcia polityczne, wydano zezwolenie. Potem jednak nie było zgody, by plebania powstała tam, gdzie stała pierwotnie, czyli na cerkiewnej działce, której własność dwukrotnie przecież potwierdził przedwojenny sąd. Oferowano inną działkę, w niedogodnej lokalizacji i małą. W końcu udało się uzyskać zgodą na budowę na cerkiewnym placu.
Ks. Włodzimierz Misiejuk – ur. 1948 r. we wsi Podrzeczany. W latach 1970-1971 był wikariuszem parafii Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny w Zabłudowie; 1971-1982 – proboszcz parafii św. Anny w Królowym Moście, 1982-1983 – wikariusz parafii Wszystkich Świętych w Białymstoku. Od 1983 r. jest proboszczem parafii św. Aleksandra Newskiego w Sokółce oraz dziekanem okręgu sokólskiego.
Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
