Rozmowa z Ludmiłą Żukowską

Wychowałam się w Łosośnie
Aneta Prymaka-Oniszk: Urodziła się ciocia w 1934 roku w Łosośnie Wielkiej, 5 kilometrów od Kuźnicy. Co ciocia pamięta ze swojego dzieciństwa?
Ludmiła Żukowska z domu Kuryło: To dobre wspomnienia; gdy się urodziłam, wszystko już było raczej odbudowane po bieżeństwie, nie cierpiałam niedostatku. Dla naszej rodziny najgorsze lata przyszły po II wojnie światowej, gdy mój ojciec został zastrzelony. Wcześniej rodzicom czy dziadkom nie zawsze było łatwo, ale radzili sobie. Kuryłowie pochodzili z Krynek Białostockich; dziś to miejsce znajduje się po drugiej stronie granicy; dziadek Szymon – Simieon dzierżawił folwarki. Babcia to Maria z Bilminów (pochodziła z Bilmin niedaleko od Kuźnicy). W 1911 roku kupili działkę w parcelowanym majątku w Łosośnie, do wyjazdu w bieżeństwo w 1915 roku postawili dom i stodołę. Przykryli je czerwoną czarnowieską dachówką. Gdy jednak wrócili w 1921 roku z Rosji, gospodarstwo było rozszabrowane, a dachówka zdjęta. Z Łosośny w bieżeństwo pojechali prawie wszyscy. Jozik, najstarszy spośród szóstki dzieci Kuryłów, służył wtedy w carskim wojsku, został więc wysłany na front. Ale dość szybko, podczas bitwy pod Tannenbergiem, dostał się do niewoli, w której przesiedział całą wojnę. Po jej zakończeniu wrócił do Łosośny i zanim reszta rodziny zdążyła przyjechać z Rosji, zaczął odbudowywać gospodarstwo. Ożenił się też z Anną Osakowicz z Długosielc. Rodzina nie wróciła z bieżeństwa w komplecie: jeszcze w Rosji zmarła Maria, moja babcia. Najmłodszy z braci, Wałodzia, ożenił się w Rosji i tam został. Starsza z sióstr, Olga, wyszła w bieżeństwie za mąż i pojechała z mężem do Brześcia. Z siódemki, która wyjechała, do domu wróciła czwórka: dziadek Szymon, mój tata Aleksander, jego brat Piotr i siostra Stefania. Pierwsze lata po powrocie były trudne. Trzeba było wszystko odbudować, a nie było za co. Radzili więc, jak mogli; dom przykryli słomą, stodołę też, chlew ulepili z gliny, do dziś zresztą stoi. Wujek Jozik zrobił płot pleciony z gałęzi. Jakoś się odbudowali. Siostra taty Stefania wyszła za mąż do Milenkowiec, brat Piotr wyjechał do Sokółki.
W 1932 albo 33 roku moi rodzice się pobrali. Mama, Olga z Chomczyków, była aż z Surażkowa, osady w puszczy knyszyńskiej, pod Supraślem, ok. 40 kilometrów od Łosośny. Wkrótce umarł dziadek. Rodzice po ślubie, jeszcze przed moim urodzeniem, pokryli dom dranką, mieli 12 ha ziemi, radzili sobie. Pamiętam, że sporo się w domu czytało; książki były głównie rosyjskie, tata przywiózł je z bieżeństwa. Rodzice czytali też prasę po polsku, prenumerowali zawsze dwie gazety: tata „Plon”, mama – jakieś czasopismo dla kobiet; ten zwyczaj został jej na całe życie, pamiętam, ze już po wojnie była to zwykle „Przyjaciółka”.
Pamięta ciocia starą cerkiew w Kuźnicy?
– Tak, jeździliśmy do niej w niedzielę furą albo czasem chodziliśmy piechotą. Ta cerkiew spaliła się, gdy się Niemcy wycofywali w 1944 roku. Potem modliliśmy się trochę w Długosielcach, a potem ludzie wspólnymi siłami pobudowali tymczasową cerkiew, niedużą. Mój tata i inni mężczyźni z Łosośny także chodził ją budować, gdy tatę zabili, chowaliśmy go właśnie w tej tymczasowej. No i wkrótce ona też spłonęła; ludzie byli przekonani, że to podziemie ją spaliło. No i potem pobudowano murowaną, trochę podobną, ale krótszą niż ta, co była kiedyś.
Po wojnie zaprzyjaźniliście się z rodziną Żukowskich, zdążyła ciocia poznać jeszcze rodziców swego męża: Jana Żukowskiego i Annę z Wojciechowiczów.
Tak; z ich opowieści wiem, że Anna urodziła się w Kuźnicy, ale gdy była małą dziewczynką, zmarł jej ojciec, a potem matka. Krewni, Wojciechowicze, zabrali ją wtedy do Wilna, była to rodzina organmajstrów; robili organy. Gdy już po I wojnie światowej tu wróciła, jej pole dzierżawili inni ludzie. Gdy przez tyle lat nie było gospodarza, ludzie podorywali miedze jej pola, poprzesuwali tak, że pole się zmniejszyło; a i bieda wokół panowała, plony były niskie. Jako rozliczenie dzierżawcy dawali jej trzecią część plonów, czyli co trzeci snop. Ale z tego, co dostawała za dzierżawę, nie dało się przeżyć, na szczęście Anna umiała szyć, więc tak sobie dorabiała. Pamiętam jej opowieści, że ludzie przynosili jej stare, podarte ubranie, by przeszywała im to tak, by jeszcze dało się w tym pochodzić. Takie to było wtedy bogactwo.
Jak Jan Żukowski wrócił po I wojnie światowej i jak się już pobrali z Anną, połączyli swoje ziemie i starali się odbudować gospodarstwo; on miał już niedużego konika. Opowiadał mi, jak kiedyś poszedł orać i wrócił do domu na obiad. Żona postawiła przed nim miskę zsiadłego mleka i się rozpłakała. On pyta: Handzia, czaho płaczesz? A ona mówi, że to dlatego, że nie ma ani kartofli, ani chleba, nie może więc mu nic do tego zsiadłego mleka dać. Mówił, że aż serce zakłuło go z bólu. Wstał, poszedł do znajomego Żyda, pożyczył od niego bochenek chleba i przyniósł do domu. Dostał też od niego mąkę na chleb; potem, jak im się już trochę poprawił byt, rozliczył się, uregulował dług. Ale powtarzał, że ten bochenek chleba i ta mąka były dla nich wtedy wielką pomocą. Od tamtej pory nigdy w domu nie brakowało im chleba. Teściowie prowadzili gospodarstwo, teść pracował też później jako urzędnik. Miał konia, więc jeździł czasem po towary dla żydowskich sklepikarzy, a to do Grodna, a to do Białegostoku, miał z tego jakiś pieniądz.
Pamięta Ciocia tutejszą społeczność żydowską?
– Wychowałam się w Łosośnie, to niewielka wieś. Mówiło się, że tam, gdzie z drogi Sokółka-Kuźnica zjeżdża się na Wołkusz, kiedyś była karczma prowadzona przez Żydów. Pamiętam, że tam przed wojną były jeszcze fundamenty, które po niej pozostały, ale nie znam szczegółów. Ludność żydowska żyła głównie w miastach i miasteczkach. Choć bywali też wśród niej rolnicy. Tu niedaleko była Kolonia Izaaka – wieś założona przez osadników żydowskich i prowadzona głównie przez nich. Wielu Żydów zajmowało się też różnymi rodzajami handlu i jeździli po wsiach. Do nas w Łosośnie też zajeżdżali: a to zbożem handlowali, a to innymi płodami rolnymi. Byli tacy, co szmaty skupowali; jako zapłatę można było u nich dostać na przykład garnek. Zdarzało się, że u nas nocowali. Bo gdy w piątek wieczorem zaczynał się szabat i gdy Żyd był jeszcze w drodze, to się zatrzymywał i prosił gospodarza o nocleg. Mama przygotowywała jedzenie: zupy mleczne, jakieś jajko, itp., bo wiadomo było, że nie może to być wieprzowina. A ja z dziecięca ciekawością przyglądałam się, co robi w tym czasie gość: zwykle stawał gdzieś w kącie, zawiązywał na głowę splątaną specjalnie chustę, u nas mówili na to cyceł [wg. Słownika języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego „cycełe – to frędzla złożona z dwunastu sznurków, będąca częścią rytualnego stroju ortodoksyjnych Żydów, noszona na pamiątkę dwunastu pokoleń izraelskich – APO], a na rękę specjalny pasek, i się modlił, do dziś pamiętam takie melodyjne recytacje. Zdarzało się też, że krawiec – wśród Żydów było wielu świetnych krawców – przyjeżdżał do gospodarza na kilka dni, mieszkał u niego i w tym czasie obszywał wszystkich w rodzinie. Oczywiście my też jeździliśmy do sklepów, do Kuźnicy czy do Sokółki. Gdy z mamą zachodziłam kupić a to buciki, a to sukieneczkę, zwykle przy tym dostawałam jakąś czekoladkę. Pamiętam, że w sklepach leżały na ladzie takie wielkie tabliczki czekolady. No więc tych codziennych kontaktów było dużo i były zupełnie naturalne. Miałam wrażenie, że ludzie ze sobą współpracowali; zawsze można się było do Żyda zwrócić o pożyczkę; zresztą nie wszyscy oni byli bogaci, część biedowała.
Moja mama Olga Kuryło (z domu Chomczyk) opowiadała, że gdy jeszcze była panną, przed 1933 rokiem, jej brat Mikołaj gdy po sezonie pracy w lesie dostawał wypłatę, zabierał swoją żonę Lidzię oraz moją mamę do Białegostoku po zakupy. Najpierw jechali do znajomego Żyda, który prowadził karczmę, jedli u niego drugie śniadanie i ostawiali konia, on miał duże podwórko i w tym czasie opiekował się zwierzęciem. A sami szli na zakupy, kupowali zwłaszcza buty, moja mama uwielbiała tańczyć, wspominałam, ze potrafiła zedrzeć dwie pary pantofli przez rok – ubrania, rzeczy potrzebne w gospodarstwie. Potem wracali, jedli obiad, rozliczali się, zabierali kona i zadowoleni wracali do domu.
Przeplatały się języki, ludzie się ich wzajemnie od siebie uczyli. Najczęściej wszyscy rozmawiali tu „po prostu” [gwara języka białoruskiego, do dziś używana na Sokólszczyźnie i na Podlasiu – APO]. Ale część osób umiało też mówić w jidysz. Moja babcia – mama mamy – Aleksandra Chomczyk (z domu Trochimowicz, pochodząca z Cieliczanki) mieszkała w Surażkowie, a do Supraśla nosiła sprzedawać jajka, nabiał, warzywa. Jej klientami byli głównie tamtejsi Żydzi i Niemcy. Babcia – prosta kobieta, całkiem dobrze mówiła więc zarówno w jidysz jak i po niemiecku.
Brzmi niemal sielankowo, ale rzeczywistość międzywojenna to także rosnący antysemityzm i przemoc .
– Oczywiście byli i tacy, co krzyczeli: „Bij Żyda!”, napadali na żydowskie sklepy. To wiem bardziej z późniejszych opowiadań Jasia [Jana Żukowskiego, męża], ja byłam wtedy jeszcze dzieckiem, na co dzień nie mieszkałam w Kuźnicy, gdzie żydowska społeczność stanowiła co najmniej połowę mieszkańców. Jaś wiele opowiadał o swoich sąsiadach. Tam, przy torach gdzie potem była obrotnica, mieszkała żydowska rodzina. Mieli syna, miał na imię Motel, i Jaś z Kazikiem się z nim bawili. Była też synagoga, a przy niej szkoła żydowska – tam, gdzie po wojnie wybudowano dużą drewnianą szkołę przy ul. Sokólskiej. Przed wojną szkoła była koło dzisiejszego stadionu, tam ponoć dwa budynki stały. Jaś opowiadał jak bawił się z kolegami, a z daleka szedł rabin. Podszedł do nich taki Kwiatkowski – jeden z tych, co krzyczeli: „bij Żyda!” – i namówił ich, by zaczepili rabina i spytali: „reba?, a gdy ten się do nich odwróci, zapytali: Nam da kabyły treba! No i oni tak zrobili. Rabin nic im nie odpowiedział, poszedł dalej. Ale gdy spotkał ojca Jasia, pana Jana Żukowskiego, z którym był w dobrych relacjach, opowiedział mu o tamtym zdarzeniu. Gdy ojciec wrócił do domu, zaprowadził Jasia do rabina, kazał go przeprosić i pocałować w rękę. No i Jasio do końca życia zapamiętał tę lekcję. Powtarzał też, że dla niego było naturalne, że obok żyją ludzie innej religii. Z jednej strony żukowscy sąsiadowali wtedy z rodziną żydowską. A dalej, przez rzekę była cerkiew. Jasio przyjaźnił się z Loniem Pietraszkiewiczem, synem batiuszki Sergiusza Pietraszkiewicza. Razem chodzili do szkoły, a potem, w 1941 roku zostali obaj wywiezieni na roboty przymusowe do III Rzeszy, pracowali tam niedaleko od siebie, widywali się.
A jak zapamiętała Ciocia to, co stało się ze społecznością żydowska po 1941 roku, po wkroczeniu tu Niemców?
Pamiętam właściwie jedną scenę. Było to w 1942, może 43 roku; miałam wtedy 8-9 lat. Bawiłam się przed domem i widzę, że na podwórko zajeżdżają furmanki, wiele furmanek. [Dom Kuryłów stał tuż przy szosie – APO]. Siedzą na nich Żydzi, pilnują ich niemieccy żandarmi. Gdy skręcili na nasze podwórko, żandarmi poszli do domu, tylko kilku zostało z bronią, by pilnować. Kazali mamie szybko przygotować coś do zjedzenia. Ja przyglądałam się furmankom. Na jednej siedziała Żydówka z malutkim dzieckiem, które strasznie płakało. A ona nie reaguje, siedzi jakby nieprzytomna, kiwa się tylko monotonnie. Mnie tego dziecka strasznie żal, aż serce boli; podeszłabym, przytuliła, ponosiła, ale bałam się strażników. A to dziecko płakało coraz głośniej. Nagle jeden ze strażników, niemłody już człowiek, podchodzi do Żydówki i coś jej mówi. Ona nie reaguje. Ten Niemiec powtórzył jeszcze raz, ona dalej nic. Więc on zaczął rozpinać jej bluzkę. Zamarłam. A on wyjął pierś tej kobiety i podał temu dziecku. Gdy odjeżdżali, ono już nie płakało. Do dziś nie mogę tej sceny zapomnieć. Wieźli ich pewnie do getta do Grodna – choć ja wiem? I pewnie wszyscy zginęli.
I jeszcze pamiętam, że Niemcy nie pozwalali wyrzucać rolnikom padliny, kazali ją wieźć do Grodna do getta. U nas wtedy padła klacz, nie dała rady się oźrebić. Tata więc powiózł, gdy wrócił opowiadał, jak straszne rzeczy tam widział, jak bardzo wygłodzonych ludzi. To był straszny czas i bardzo trudne wspomnienia.
Ale w naszej historii rodzinnej najstraszniejsze rzeczy miały się zdarzyć tuż po wojnie.
Ludmiła Żukowska z domu Kuryło, ur. w 1934 roku w Łosośnie Wielkiej, w 1972 roku wyszła za mąż za Jana Żukowskiego i od tej pory mieszkała w Kuźnicy; zmarła w 2020 roku. Publikowana tu rozmowa odbyła się w roku 2019
Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
