Rozmowa z Maciejem Żukowskim

W Kuźnicy spędziłem super-czas
Aneta Prymaka-Oniszk: Wujo Jasio – tak o nim mówiliśmy. My, czyli siostrzeńcy i bratankowie wuja oraz cioci Ludy, jego żony. Twoje wspomnienia zaczynają się w pierwszej połowie lat 60. Czy pamiętasz go z aparatem?
Maciej Żukowski: Nie, on już wtedy nie fotografował. Tych zdjęć, które pokazywałaś, nigdy wcześniej nie widziałem. Wnioskuję więc, że musiał nagle tę pasję zarzucić. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Mój ojciec też miał fazę fotografowania – w domu w Warszawie bywało, że co tydzień-dwa siedzieliśmy razem w ciemni.
Pamiętasz za to czas, w którym wujo Jasio robił ławki, które do dziś stoją w kuźnickim kościele. Podczas pokazu jego zdjęć w domu kultury wybuchła dyskusja, czy jest ich jedynym wykonawcą, czy kończył to, co zaczął inny miejscowy stolarz, Karpowicz. Jak to się zapisało w Twojej pamięci?
– Miałem 5-7 lat; mógł to więc być 65-66 rok. Wujo od początku był bardzo pochłonięty wymyślaniem tych ławek. Przez wiele tygodni niemal w każdy weekend przyjeżdżał do Warszawy i szukał inspiracji w warszawskich kościołach. Dla mnie jako dziecka jego przyjazdy były dużą atrakcją. Mieliśmy wtedy małe mieszkanie, oddawałem wujowi swoje łóżko, a sam spałem na polowym, co wydawało mi się wtedy bardzo fajne. Wielką atrakcją było też chodzenie z wujem po kościołach. Dokładnie oglądał tamtejsze ławki, jak są zrobione, wykończone, itp. Prowadził nad nimi dogłębne studia. W czasie mszy wypatrywał, czy ktoś w tych ławkach zasypia. Jeśli tak, to znaczyło, że są dobrze zrobione, bo siedziało się na tyle wygodnie, że można zasnąć.
Chodziliśmy też do Veritasu w Alejach Niepodległości, to była wtedy chyba jedyna katolicka księgarnia w Warszawie. Wujek przeglądał tam książki religijne, szukając tych, których rozdziały kończyły się ornamentami. Kupował je a potem inspirował się przy zdobieniu boków ławek. Mój ojciec [Kazimierz Żukowski – AP-O] pracował wtedy w biurze projektowym i zawoził wujowi ogromne płachty papieru kalkowego, takie metr na półtora. Wujek robił na nich projekty, przenosił w skali ornamenty, nanosił na deski a potem to wszystko wycinał. Miał do tego odpowiednie maszyny, tak jak mówiono na spotkani u w GOK. Ale nie było tak, że ktoś inny wszystko zaprojektował, a wujo to tylko powycinał i złożył. Jeździł też wybierać drewno do tartaku, potem je suszył odpowiednio pocięte. Pamiętam, że deski te leżały rozłożone na łące przy starym domu, na podkładkach. Trzeba to było potem zabejcować, pomagałem mu w tym podczas spędzanych w Kuźnicy wakacji; bejcę się rozprowadzało taką pucką po desce, a potem się w to wcierało. Potem wujek montował je w kościele; też próbowałem pomagać.
W tamtym czasie wujek zbudował też krzyż sękaty, który jest dziś na zewnątrz kościoła, tuż przy bocznym wejściu. Był on w dość oryginalnym kolorze, jasnożółtym. On sam był też zawsze oryginalny. Wierzący, ale na religię patrzył przez własny pryzmat. Może to przez przeżycia wojenne? Może po tym, czego doświadczył wadził się z Bogiem, dlaczego na to wszystko pozwolił?
Ale w mojej dziecięcej pamięci przede wszystkim wujek był wesołkiem. Lubił żartować, wyprawiać śmiesznostki, kalambury.
Miał przy tym dość oryginalne poczucie humoru…
Tak, wielokrotnie się ono ujawniało. Pamiętam, że do Warszawy jechało się wtedy bardzo zatłoczonymi pociągami. Jak pociąg był, dajmy na to o 17, to od 14 trzeba było już zajmować miejsca. A wujek pracował na kolei, długim młotkiem obstukiwał koła pociągu. Gdy miałem jechać z nim do Warszawy, wujek w jednym z przedziałów wcześniej nakleił kartkę „przedział służbowy” i zamknął. Przed odjazdem wchodzimy do wagonu, jest straszny tłok, przeciskamy się korytarzem, on mija ten przygotowany wcześniej przedział, a potem wraca, teatralnie przygląda się kartce i z oburzeniem mówi: „Jak to zamknięte? Przecież tu nie ma żadnych przedziałów służbowych! Toż to wszystko ma być dla ludzi!”. Po czym wyjmuje klucz, otwiera ten przedział, wpuszcza mnie pierwszego, siadałem przy oknie, a potem wchodzą ludzie z korytarza i jedziemy.
Co pamiętasz z tej dawnej Kuźnicy?
Do najstarszych wspomnień należy to, jak nocowaliśmy w starym domu, tym z pustaków, tuż przy torach. Wchodziło się tam przez dużą sień, po lewej stronie była stajnia i obora, po prawej wejście na strych. Na wprost szło się do kuchni i dalej na prawo były dwa pokoje. Gdy przyjeżdżałem, spałem w ostatnim z nich. Dostawałem świeżutką, bardzo mocno nakrochmaloną pościel. Tylko że poduszki i sienniki (kołdra była zwyczajna) były wypchane słomą, która czasem przechodziła przez materiał i kłuła. Do dziś to pamiętam; nie byłem do tego przyzwyczajony.
Żyli jeszcze babcia Anna i dziadek Jan, potem, gdy ciotka Antolka wybudowała dom po drugiej stronie torów, zamieszkali z nią. Ja też tam nocowałem, tam była bardzo duża kuchnia i 3 pokoje. Przyjeżdżaliśmy zwykle razem z Wojtkiem, synem cioci Marysi [Maria Biegańska z domu Żukowska – AP-O]; byliśmy rówieśnikami, między nami było dosłownie 2 tygodnie różnicy. Obaj byliśmy niespokojnymi duchami, co czasem wyprowadzało dziadka z równowagi. Bo a to w maliny wleźliśmy, a to marchewkę zdeptaliśmy, a to jeździliśmy na drzwiach stodoły, a one się przez to opuszczały, itp.
Z wujem Jasiem zawsze spędzaliśmy dużo czasu. Naprzeciwko starego domu wybudował on mały domek, w którym na początku mieszkał sam, a potem z ciocią Luda. Był wesołkiem, miał świetne pomysły, zawsze więc było z nim ciekawie. Gdy kupił stawy w Kuścinie, z Wojtkiem postanowiliśmy zrobić tam obozowisko. Wzięliśmy namiot, materace, wujek nas tam zawiózł, a sam wrócił do domu. Jak się ściemniło, trochę się baliśmy, bo to przecież odludzie, więc na wszelki wypadek przed pójściem spać w przedsionku namiotu, ułożyliśmy konstrukcję z blaszanych naczyń. Na wypadek, gdyby ktoś niepowołany będzie chciał w nocy wejść do namiotu; wtedy narobi hałasu i nas obudzi. No i w nocy przyszedł Wujo, sprawdzić, czy u nas wszystko ok. I oczywiście w te naczynia się władował.
Na stawach w Kuścinie pokazywał nam różne sztuczki. Na przykład jak dostać się na zastawki umieszczone na środku stawu. Miał do tego specjalny drąg, jak do skoku o tyczce. – Ja wam pokażę, jak się to robi – mówi. Wziął tyczkę, rozpędził się, włożył koniec daleko do wody i odbił, by wylądować wprost na tej zastawce. Ale tyczka zatrzymała się pionowo na środku stawu, z wujem na jej czubku. I zamiast polecieć do zastawki, wujek zsunął się po tej tyczce do wody. Patrzyliśmy na to i próbowaliśmy zachować na twarzach powagę, ale w środku umieraliśmy ze śmiechu. Wujka wystarczyło lekko podpuścić, natychmiast ładował się w tego typu super-historie.
Kiedyś – możliwe, że obejrzeliśmy właśnie jakiegoś „Zorro” w ośrodku kultury w Kuźnicy – wrażenie robiło na nas to, że na westernach kowboje wskakują na konie w biegu: rozpędzają się, zarzucają nogę i już siedzą w siodle. – Wuju, ale przecież to niemożliwe, żeby tak wsiąść na konia – mówimy. A wujek na to: Nie, to jest możliwe. Zaraz wam pokażę. I wyprowadza z obory swojego czarnego konia. Ustawia do przed chlewem, a sam idzie aż pod nasyp kolejowy, rozpędza się… My z Wojtkiem zamieramy. Wujek skacze, zarzuca nogę, zahacza nią o konia… Ale zaraz się osuwa na ziemię, waląc plecami aż zadudniło. My znów próbujemy zachować powagę, choć średnio nam to idzie. A wujo wstaje jakby nigdy nic i mówi: To dlatego, że koń się ruszył. Zaraz wam pokażę. Następnym razem wziął się na sposób, rzucił się na konia brzuchem, potem się okręcił i już na nim siedział. Niezupełnie to było tak, jak na westernach, ale jednak na tego konia wskoczył. Zresztą w ogóle z tego konia wujek był bardzo dumny, pokazywał z nim wiele sztuczek. Koń ten zawsze, gdy stał w stajni, wystawiał głowę, by patrzeć na podwórku. Okienko było małe, nie było mu wygodnie, w końcu więc koń wybił jednego pustaka, żeby mu się głowa lepiej mieściła.
A w śmigus dyngus wujek zawsze wkradał się do mieszkania, gdy spaliśmy i nas polewał wodą.
Też mi się to zdarzało, gdy w Wielkanoc nocowałam w Kuźnicy. A nad rzekę chodziliście? To przecież tuż obok, przy stodole przepływa Żwegra, a tuż za ich łąką wpada do Łosośny. Wtedy obie były o wiele większe, niż dziś.
– Tak, zdecydowanie. Za mostem rzeka Łosośna rozlewała się w duże jeziorko, woda była czysta. Wojtek dostał ponton w kształcie auta, bawiliśmy się na nim przez całe dnie. Do czasu, aż zabraliśmy ze sobą do kajaka wujkowego psa Pikusia i ten pazurem nam go załatwił. Wujek Czesiek, ojciec Wojtka, nas pilnował, bo pozostali dorośli szli do pracach polowych.
Ludzie z Kuźnicy wtedy najczęściej kąpali się na Księdzowskich Jamkach; my zresztą też tam chodziliśmy. To zaraz obok, za rzeką Żwegrą, przy należącej do księdza łące. Tam było zakole z piaszczystym dnem; można było fantastycznie popływać, także pranie się tam robiło. Mam wiele wspaniałych wspomnień z kąpieli w rzece Łosośnie.
Lubiliśmy też palić ogniska, to było wtedy dość popularne. Gdy był wolny dzień, szliśmy gdzieś pod las, bardzo często pod cmentarz prawosławny, ogromną przyjemnością było ułożenie z kamieni paleniska, zbieranie chrustu, potem rozpalenie ognia. Piekliśmy kartofle, my, dzieciaki, szaleliśmy z psem, dorośli gadali; my też do tych rozmów dołączaliśmy. Chodziliśmy wszyscy: my, wujo, ciotka Antolka, mój tata, gdy przyjeżdżał. Mojemu ojcu ta kuźnicka miłość do palenia ogniska została. Jak jechaliśmy w góry, chodziliśmy po szlakach, a potem gdy się dało, rozpalimy ognisko.
Czy przez dom wuja Jasia przewijali się ludzie z Kuźnicy?
– Tak, bardzo dużo. U nich ludzie z okolicznych wsi zostawiali rowery, gdy szli do pracy albo na pociąg. Ludzie się ciągle przewijali. Do wuja zachodził porozmawiać ksiądz Malinowski. Ja bardzo lubiłem, gdy przychodził Wańka Popczyński. To był człowiek z przytupem i humorem; grał na akordeonie, był kowalem, ale też lokalnym fryzjerem, miał maszynkę do ścinania włosów.
A jeszcze wcześniej, gdy żył dziadek Żukowski – ludzie wieczorami zbierali się u nich przy świeczce, bo on potrafił opowiadać wspaniałe historie; służył jeszcze w carskim wojsku, potem przedostał się do Francji do Hallera, zobaczył kawał świata. I potrafił swoimi opowieściami taką atmosferę wytworzyć, że wszyscy cicho siedzieli i słuchali.
Ja nie zawsze rozumiałem, o czym oni tu mówią – im nie sprawiało różnicy mówienie po polsku, białorusku czy rosyjsku; przechodzili płynnie miedzy tymi językami. Wujek miał też kontakty z Rosjanami, którzy jeździli lokomotywami, oni przecież przejeżdżali dosłownie pod ich oknami, tam lokomotywa zatrzymywała przed wjazdem na obrotnicę. Wymieniał z nimi jabłka albo miód na ropę [olej napędowy]. No i jak pociąg stawał, to my z Wojtkiem sprintem lecieliśmy na obrotnicę, i obracaliśmy się razem z lokomotywą. A często ci radzieccy maszyniści jeszcze nas brali do lokomotywy i przewozili kawałek.
W Kuźnicy to były superwakacje, świetny czas.
Maciej Żukowski, ur. w 1959 w Warszawie, jest bratankiem Jana Żukowskiego; w dzieciństwie dużą część wakacji spędzał w Kuźnicy;
Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
