Notice: Funkcja WP_Scripts::localize została wywołana nieprawidłowo. Parametr $l10n musi być tablicą. Aby przekazać dane do skryptów, proszę użyć funkcji wp_add_inline_script(). Dowiedz się więcej: Debugowanie w WordPressie. (Ten komunikat został dodany w wersji 5.7.0.) in /home/platne/serwer29413/public_html/albom.pl/wp-includes/functions.php on line 6131
Rozmowa z Teresą Dąbrowską - Albom.pl

Rozmowa z Teresą Dąbrowską

Wojna w Kuźnicy to był straszny czas

 

Aneta Prymaka-Oniszk: Spogląda Pani z wielu zdjęć zrobionych przez Jana Żukowskiego. Przyjaźniliście się?

Teresa Dąbrowska: Tak, jesteśmy też kuzynami. W Kuźnicy było wielu Żukowskich; to bardzo popularne tu nazwisko. Każda rodzina miała więc swój przydomek, po których można było rozpoznać, o kogo chodzi; teraz o większości z nich już zapomniano. O rodzinie Jasia mówili – Bosi. Za mojej młodości jego określano więc często jako Jan Bosy.

Jest takie zdjęcie, na którym  jesteście razem, zapatrzeni w trzymaną przez Jasia gazetę. Czytacie; wyglądacie na bardzo pochłoniętych lekturą. 

– U nas w domu też to zdjęcie się zachowało. Z Jasiem bardzo często prowadziliśmy ważne rozmowy. On bardzo dużo wiedział, dużo czytał. Przeszedł też obóz koncentracyjny. Może przez te trudne przeżycia zajmował się tylko poważnymi rzeczami, szkoda mu było czasu na głupstwa; podobnie w rozmowach. Prowokował innych do dyskusji na najważniejsze tematy; choć z nim ciężko było wygrać. To zdjęcie było robione w domu u Żukowskich. Ja do nich często zachodziłam, przyjaźniłam się nie tylko z Jasiem, ale też z jego mamą, panią Anną Żukowską. Ona zawsze piekła takie pyszne pączuszki, i na nie zapraszała.

Jaś był bardzo utalentowanym człowiekiem. Zresztą nie tylko on, cała rodzina była utalentowana. Jego ojciec, pan Jan Żukowski – pracował w GS, był bardzo sumiennym pracownikiem, mówiło się, że jak przyszedł tam pracować, to wreszcie zaprowadził tam porządek. U niego nie było lewizny. Jasio też gdy coś robił, to zawsze była to solidna robota. Gdy ławki do naszego kościoła zrobił, można było po nich chodzić bosą nogą i żadna zadra nie weszła; wszystko było dokładnie wyheblowane, wykończone. U nas w domu zresztą też podłogę zrobił; bardzo dobrze nam służyła. Także Jasia zdjęcia były bardzo dobrze skomponowane i oryginalne.

Potem, jak Luda (z domu Kuryło) wyszła za Jasia i tu zamieszkała, zaprzyjaźniłyśmy się. Ale to już były lata 70.  Byłyśmy prawie rówieśnicami; ona – rocznik 1934, ja 1935. Ona hodowała krowy, myśmy brali od nich mleko, a ja jej zawsze przynosiłam maść na pękające racice. Jako pielęgniarka miałam do tego dostęp, w aptece robiło się to na zamówienie. Z Ludą też bardzo dużo rozmawiałyśmy, często na temat wiary. Ja jestem katoliczką, ona była prawosławna, rozmawiałyśmy więc o tym, czym jedna religia różni się od drugiej. Byłam pod wrażeniem tego, ile Luda wiedziała o religii i w ogóle o świecie. Pytałam, skąd; mówiła, że od swojej mamy.

Czy w tamtym czasie, gdy Jasio fotografował, także inni ludzie w Kuźnicy też robili zdjęcia?

Wydaje mi się, że nikt poza Jasiem wtedy w Kuźnicy zdjęć nie robił. Potem on nauczył mojego brata Bernarda Kownackiego, który też zaczął fotografować. Ale tylko Jasio miał ciemnię, żeby je wywołać i robić odbitki. Mój brat w latach 60., wyjechał do Wrocławia na studia, został inżynierem i tam mieszkał.

Wielu starszych Kuźniczan jest dziś zdziwionych, gdy pokazuję im zdjęcia Jana Żukowskiego. Doskonale go pamiętają, ale nie kojarzą, by robił zdjęcia…

Bo to fotografowanie u Jasia to była krótka, ale bardzo intensywna pasja. Którą – jak widać po zdjęciach – rozwijał z wielkim talentem.

Wśród zdjęć Jana Żukowskiego jest portret Pani grającej na skrzypcach. Gra Pani?

Uczyłam się grać na skrzypcach, moja nauczycielka nazywała się Gauro, niestety nie pamiętam jej imienia; ona skończyła Liceum Pedagogiczne, uczyła w szkole w Kuźnicy muzyki, języka francuskiego i polskich tańców, a jej mąż pracował w urzędzie gminy w Kuźnicy. Potem pani Gauro wyjechała z Kuźnicy i nie było komu mnie uczyć. Sama więc próbowałam, grałam ze 2 lata. Dopóki za mąż nie wyszłam; wtedy przestałam. Miałam troje dzieci i na granie zwyczajnie nie było czasu. Skrzypce do dziś gdzieś leżą, ale bawiły się nimi moje dzieci, więc nie są w najlepszym stanie.

W 1955 roku zaczęłam pracę jako pielęgniarka w miejscowym ośrodku zdrowia i całe życie tam przepracowałam. Przez długi czas byłam jedyną pielęgniarką w gminie; jeździłam do szkół i wszystkim dzieciom w okolicy robiłam zastrzyki. Po domach też się zdarzało, że mnie wozili, dawałam zastrzyki  obłożnie chorym, itp. Przez to znałam właściwie wszystkich ludzi w okolicy.

Jan Żukowski czasem fotografował ludzi przy pracy. Są tu wykopki, rąbanie drew, prace polowe. Ale większość fotografii powstawała w wolnym czasie, gdy ludzie odpoczywali. Wiele jest zdjęć znad rzeki albo pływających na kajaku po stawie Żylińskich.  Nad rzeką spędzało się dużo czasu?

O tak. Na stawach u Żylińskich albo na rozlewiskach rzecznych przez całą zimę jako dzieci jeździliśmy na łyżwach. Ale wtedy niczego nie było, także łyżew, więc sami je robiliśmy. Do buta przywiązywało się polanko – kawałek drewna, pod polanem był drut i tak się jeździło. To robiło się tylko pod jeden but, drugim się odpychało. Często zresztą ta druga noga była bez buta, bosa, więc przy okazji urządzaliśmy zawody, kto dłużej wytrzyma na lodzie. Bywało zimno, dodatkowo kolana poobijane, ale jeździliśmy. W ogóle to były czasy, gdy niczego nie było; wielu ludzi głodowało.

U nas w rodzinie głodu nie było, bo ojciec był kowalem, więc ludzie przychodzili, by konie podkuł, by łyżkę zrobił, lemiesz do pługa, itp. I zawsze ktoś coś w zamian przyniósł. W tych najtrudniejszych czasach raczej nie płacili pieniędzmi, nie mieli ich. A to mleko nieśli, a to ser, a to jajka. Więc mieliśmy co jeść.

Urodziła się Pani w 1935 roku; dzieciństwo przypadło więc na czas wojny. Jak Pani ją pamięta?

– To był straszny czas. Pamiętam głód, do tego wielki strach. Od tamtej pory boję się głodu, a na niemiecki mundur do dziś nie mogę przez to wszystko patrzeć. Nie można było mleka mieć, świniaka chować. Ale ludzie chowali, potem te świnie dusili, by nie krzyczały. Bo śmierć za zabicie świniaka groziła. Potem pamiętam przejście frontu; nas mama na 3 dni zabrała do wioski Grzybienie-Grybieni, która dziś znajduje się za granicą, ojca zabrali na kopanie okopów. Strasznie było; Niemcy stali z jednej strony, Rosjanie z drugiej, ostrzeliwali się, a my byliśmy pomiędzy nimi. Gdy wróciliśmy, Kuźnica była spalona, nasze krowy były postrzelane; dobrze, ze sami zdążyliśmy uciec. Mieszkaliśmy wtedy przy ul. Grodzieńskiej, ale wszystko się spaliło, została tylko stodoła. Ojciec zrobił w niej pokoik i od tej pory mieszkaliśmy tam, przez długi czas. Potem zamieszkaliśmy przy ulicy Sokólskiej, naprzeciwko tej starej, drewnianej szkoły. Ojciec  już nie miał tam kuźni; pracował razem z Janem Żukowskim (ojcem Jasia).

Potem zaczęła się odbudowa; ludzie bardzo ciężko pracowali.  Młodzi starali się jak tylko mogli, by zdobyć wykształcenie.

Na zdjęciach, choć są zrobione miej niż 10 lat od wojny, nie widać już powojennej biedy.

– Tak, bo ludzie bardzo ciężko pracowali, by z niej wyjść.
O, a tu na zdjęciu jest czarny piękny koń na podwórku u Jasia. Pamiętam go; Żukowscy dostali go z UNRRY, potem dzieci chodziły go oglądać, bo był inny niż okoliczne konie: wielki, potężny, czarny. Stary Żukowski kochał konie i zawsze miał je piękne jak na wystawie. Jak się do nich chodziło, koń witał każdego, na podwórku – stał w chlewie i wystawiał głowę przez okno.

Jasio był dobrym gospodarzem. Zresztą nie tylko on, cała rodzina się starała. Nawet jak dzieci szły na studia, nie przestawały myśleć o gospodarstwie. Pamiętam, jak Kazik Żukowski, brat Jasia, już studiował w Warszawie, a może nawet pracował po studiach. I jak pojechał na wycieczkę do Bułgarii czy Węgier, to wszyscy wieźli jakieś tam pamiątki, a on przywiózł worek zboża. , posiali i ono tu bardzo dobrze, prawie podwójnie owocowało. To byli dobrzy rolnicy; odważni, lubili eksperymentować.

 

Teresa Dąbrowska, z domu Kownacka, ur. 1935 w Kuźnicy, tu przez całe życie zawodowe pracowała jako pielęgniarka

 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego