Rozmowa z Tomaszem Żukowskim
Myślałem o sobie, że jestem z Kuźnicy
Aneta Prymaka-Oniszk: Urodziłeś się i wychowałeś w Warszawie, ale Kuźnica, stąd pochodził Twój ojciec Kazimierz Żukowski, wywarła na Ciebie ogromny wpływ. Jaka Kuźnica zachowała się w Twojej pamięci?
Tomasz Żukowski: Pamiętam jeszcze stary przejazd, zanim wybudowano wiadukt nad torami i rzeką Łosośną tuż przed Kuźnicą. Gdy się jechało z Sokółki, przed górą Szubienicą droga skręcała w lewo, był przejazd przez tory, potem skręt w prawo i wjazd do Kuźnicy. Z Warszawy jechaliśmy autem, potwornie długo, co najmniej 5 godzin. Przyjeżdżaliśmy na święta, a ja spędziłem tu kilka razy wakacje. Pierwszy raz przed piąta klasą, wtedy żeśmy się spotkali pierwszy raz [też je tam spędzałam, jako siostrzenica cioci Ludy – APO]. Pamiętam tak dokładnie dlatego, że w V klasie zaczynał się rosyjski i mama powiedziała, żebym wziął książkę, że pouczymy się razem z ciotką Ludą [żoną Jana Żukowskiego], bo ona świetnie zna rosyjski. Ale mnie się coś pomieszało i poprosiłem o to ciotkę Antolkę [najstarsza w rodzeństwa Żukowskich].
Ona też chyba dobrze mówiła po rosyjsku; podobnie jak po białorusku, który nazywano tu „językiem prostym” i w którym na co dzień jeszcze wtedy rozmawiano.
Przy mnie wszyscy mówili po polsku; choć pani Jadzia, która przychodziła pomagać przy sianie, zwracała się do mnie Hałubczyk [gołąbek] i rozmawiała po białorusku. W pewnym momencie zacząłem to rozumieć, gdy potem słuchałem opowieści Szury Doroszkiewicza z Kuścina (mówił po białorusku), język był już dla mnie przezroczysty.
W Kuźnicy nocowałem u ciotki Antolki, a dni spędzałem u cioci Ludy i wuja Jasia. Gdy wujek coś robił, mówił: chodź Tomek ze mną. Pomagałem mu i przy pracy rozmawialiśmy, a te rozmowy często przechodziły w opowieści. Bywało, że trzeba było coś zrobić szybko, wtedy pracowaliśmy i byliśmy zajęci tylko tym. Ale jak jechał na przykład na stawy do Kuścina furą, to brał mnie na tę furę i przez całą drogę opowiadał fascynujące historie, niektóre jeszcze pewnie z XIX wieku. Na przykład o zakładzie między młodymi, kto z nich pójdzie nocą na cmentarz. Śmiałek, który się na to odważył, miał wbić kołek w grób na znak, że tam był. Ale gdy wbijał, przybił kołkiem kawałek płaszcza i oczywiście tego nie zauważył. Kiedy wstawał, przeraził się, że to ktoś z grobu go trzyma. Ze strachu dostał ataku serca i już z tego cmentarza nie wrócił. To były metafizyczne opowieści: tu o strachu przed śmiercią. Miały ogromną dawkę poezji, nostalgii, niesamowitości.
Były też historie o tym, co gdzie w Kuźnicy było dawniej: że tu klasztor Bazylianów, tam cała łąka była pod wodą, bo młyny ją spiętrzały, itp. Po drodze na stawy w Kuścinie były stare piwnice po browarze i wujek mi opowiadał, że to był stary żydowski majątek, kto tam zginął, co się wydarzyło. Gdy szliśmy na Wojnowską górę, wujo pokazywał dom Szczyhanuli. Nazywali go tak, bo tam mieszkała Hanula i jej mąż. Kiedy w nocy wychodziła za potrzebą, zapewniał ją czule, by się nie bała: „Szczy Hanula, ja tut”. No i zostało do dziesiątego pokolenia. W innych opowieściach był Chapun, żart i groźba, że oddam cię do Starowlan, bo tam ponoć mieszkało trzech starych braci, co jedli drewnianymi łyżkami, później je oblizywali i wstawiali do kredensu. Wszystko było dokładnie opowiedziane, jakbym czytał E.T.A. Hoffmana [niemiecki poeta, pisarz, rysownik, kompozytor epoki romantyzmy, uznawany za prekursora fantastyki grozy]. Zresztą równie wspaniałe historie opowiadała ciotka Luda i ciotka Antolka. Antolka była chodzącą kroniką Kuźnicy i kiedy siedzieliśmy w kuchni przy oknie, miała coś do opowiedzenia o każdym przechodniu. Jednego pamiętam – mówili na niego de Gaulle, z powodu nosa. Pewnie już nie żyje… O każdym kątku były historie, a w nich wszystko nabierało znaczenia.
Oni wszyscy bardzo lubili poezję. Zwłaszcza romantyczną.
No właśnie. Pierwszych kawałków „Pana Tadeusza” nauczyłem się na pamięć w Kuźnicy, tu pierwszy raz usłyszałem ballady Mickiewicza. Recytowali z pamięci Mickiewicza, „Ojca zadżumionych” Słowackiego, mnóstwo Puszkina. Puszkina w oryginale, co dla nas było oczywiste, ale dla ludzi z zewnątrz może już nie tak bardzo. To był chyba wpływ szkoły z czasów radzieckich (od 1939 do 1941 roku), ale pewnie bardziej tego, że dziadek Żukowski spędził dużą część życia w Rosji i to był naturalny kontekst. Pamiętam poemat, w którym powtarzały się słowa: „Но примешь ты смерть от коня своего”. Mam ten wiersz w głowie od zawsze, chociaż nie wiedziałem, kto go napisał ani nie znałem tytułu i szczerze mówiąc dorabiałem sobie z wyobraźni szczegóły. To była poezja wuja Jasia. Teraz dopiero sprawdziłem: chodzi o „Песнь о вещем Олеге” Puszkina. Kniaź spotyka mędrca i pyta o przyszłość, no i słyszy, że jego ulubiony koń przyniesie mu śmierć. Jest rycerzem, więc myśli, że zginą razem na polu bitwy, więc odprawia konia, każe o niego dbać i dobrze go karmić. Chce uciec od losu. Ale na jakiejś uczcie rozmawiają o dawnych czasach, o bitwach i kniaź pyta o konia. Okazuje się, że koń dawno nie żyje i kniaź jest przekonany, że mędrzec się mylił. A że kochał konia, chce go pożegnać. I wtedy z czaszki wypełza „grobowa żmija”. Mędrzec powiedział prawdę. Wujo Jasio, ciotka Antolka i Luda to wszystko czuli i rozumieli. W moim przekonaniu bardzo głęboko.
Wujo recytował wiersze i wzruszał się, miał czasami łzy w oczach. Mam to po nim, moja córka się ze mnie podśmiewa, jak zauważy. Chyba go dobrze rozumiem, bo to są takie wzruszenia, od których nie można uciec, ale jednocześnie trudno powiedzieć, o co tak naprawdę chodzi. Czasem jakiś zwrot. Droga na tamtą stronę…
I jeszcze jedna historia. Kiedyś przyjechali do Czuprynowa rodzice Arantxy, którzy nie mówią po polsku. Siedzieliśmy razem i w pewnym momencie zeszło na wiersze i piosenki. Luda i Jasio recytowali pewnie z pół godziny albo dłużej. Mieli mnóstwo tekstów w głowie.
Wujo miał ucho do melancholii i melancholijnej poezji. Był taki okres, kiedy często jeździłem do Kuźnicy z rodzicami. Tato kupował wtedy na targu na Stadionie Dziesięciolecia rosyjskie książki i kasety. Była wśród nich Ludmiła Zykina i inna kaseta z ludowymi pieśniami rosyjskimi. Do tego Biczewska – ballady, na przykład „Porucznik Golicyn”. I od Warszawy do Kuźnicy słuchaliśmy tego w kółko. Jak dzisiaj to sobie przypominam, to nie jestem pewien, czy to było najzdrowsze, ale Kuźnica to były „książki zbójeckie”.
Wujo lubił Zykinę i śpiewał:
Издалека долго
Течет река Волга,
Течет река Волга —
Конца и края нет…
Też pamiętam te pełne metafizyki opowieści. Czasem dotyczyły ich własnych historii: wojny, frontu, wspominały o przedwojennej społeczności żydowskiej…
Kuźnica była sztetlem, ponad połowa mieszkańców wyznania mojżeszowego. W opowieściach wuja Jasia i ciotki Antolki pojawiali się zwykle ci, którzy mieszkali za płotem. Wołali na ich syna Motel kitajec bez jajec, matka ich za to upominała i ponoć przepraszała sąsiadów. Były sceny przedstawiane jako relacje dobrosąsiedzkie, ale też wspomnienia żarcików w gruncie rzeczy odsłaniających ówczesny antysemityzm, jak te o wpuszczaniu kota do synagogi albo o dokuczaniu w Święto Szałasów.
Dużo było w tym sprzeczności. W dzieciństwie czułem w kuźnickich opowieściach żal. Poczucie, że stało się coś absolutnie potwornego. Była w tym miejscu rana. Ale na strychu leżał kufer z Rycerzem Niepokalanej sprzed wojny, dziadek był w Armii Hallera i nie chcę wiedzieć, co robił w czasie pogromów. W historiach wojennych nie było antysemityzmu, chociaż antysemityzm – powiedziałbym, że lekki jak na Polskę – ujawniał się przy innych okazjach.
Nigdy nie usłyszałem opowieści o deportacji, choć dotyczyła sąsiadów zza płotu. Ani słowa. Raz mój tata się otworzył i powiedział o transportach, które jechały przez Kuźnicę do Treblinki. Ludzie w wagonach krzyczeli, strzelano więc do wagonów, żeby siedzieli cicho. Dla ojca to była absolutnie traumatyczna opowieść.
Nieżydowskich mieszkańców Kuźnicy nie było w tych opowieściach. Mówiono mi, że nie było szans, żeby cokolwiek zrobić, że to groziło śmiercią. Ta kwestia zamykała temat. Z badań nad Zagładą wiem, że wyglądało to inaczej. Nigdy nie usłyszałem, co się działo na torach, przy których przecież mieszkali Żukowscy. O ludziach wyskakujących z transportu, o ich łapaniu, o „handlu”. Rzeczy opisane dobrze w innych miejscach, trudno się spodziewać, żeby w Kuźnicy było inaczej. W reportażu Marcina Kąckiego „Białystok. Biała siła czarna pamięć” linia kolejowa z Białegostoku do Warszawy jest usłana grobami tych, co wyskakiwali z transportów do Treblinki. O tym się w Kuźnicy nie mówiło.
O innej traumatycznej historii tych okolic – powojennych zabójstwach prawosławnych Białorusinów, w tym mojego dziadka Aleksandra Kuryło, coś Ci wspominano?
Tak, o twoim dziadku można było w rodzinie usłyszeć, o zagładzie Żydów nie, albo dużo mniej. Ale Aleksander Kuryło, to była dla mnie opowieść rodzinna. Mówiono że to potworna niesprawiedliwość, zabójców nazywano bandytami. Ale to od ciebie dowiedziałem się, że mój dziadek był w sielsowiecie [rodzaj rady gminnej, podstawowa jednostka samorządowa za władzy radzieckiej w latach 1939-41 – APO]. Gdy kiedyś wujo Jasio powiedział mi, że jego wywieźli na roboty do Niemiec ze względu na politykę dziadka, myślałem że chodzi o jego sympatie polityczne sprzed wojny, o głosowanie na PSL. Nie wiedziałem o sielsowiecie.
Mówimy o twoim dziadku Janie Żukowskim, którego jeszcze zdążyłeś poznać.
Jako małe dziecko; zmarł, gdy miałem kilka lat. Dziadek, rocznik 1890, trafił do armii carskiej na 25 lat. Był w niej, gdy wybuchła I wojna światowa, walczył, potem został przerzucony na front zachodni przez Szwecję, był ponoć pod Verdun, przeszedł trucie iperytem, a potem gdy wybuchła rewolucja w Rosji, pojechał do Stanów Zjednoczonych werbować ludzi do tworzącej się armii Hallera. I z tą armią wrócił do Polski. Szczegółów nie znam, z historii wiem jednak, że hallerczycy dopuszczali się przemocy wobec cywilów, organizowali pogromy ludności żydowskiej w Łodzi, Lwowie, Warszawie, Krakowie. Ciotka Antolka pokazywała mi pocztówki, które stamtąd przysyłał. Dziadek w armii zrobił niebywałą karierę – został starszym sierżantem sztabowym, a to był najwyższy stopień, jaki mógł osiągnąć człowiek bez matury. W 1920 roku, trwała już chyba wojna polsko-bolszewicka, poprosił o zwolnienie z armii i wrócił do Kuźnicy. Ożenił się z babcią Anną Wojciechowicz, w 1922 roku urodziła się ciotka Antolka, potem – co dwa lata: Jasio, Kazik i Marysia.
Tata opowiadał, że dziadek miał ogromny talent gawędziarski. Opowiadał malownicze historie z wojny albo zza Uralu, gdzie stacjonował. Zimy były tam tak mroźne, że jak z okna na pierwszym piętrze wylewano wodę, to na ziemię spadał już lód. Ponoć słynął z opowiadania historii, po których dzieci bały się wyjść na siusiu przed snem. Przykry zwyczaj straszenia dzieci odziedziczył wujo.
Od ojca i wuja słyszałem o biciu synów przez dziadka, zwłaszcza wuja Jasia; to były dantejskie sceny. I o tym, że psuł synom zabawki: gdy tata z wujem Jasiem, coś wystrugali, jakieś koło, narty, to on im to niszczył. Pewnie dzisiaj zdiagnozowano by u niego zespół stresu pourazowego, pamiątkę po okopach. Kiedy o tym myślę, jestem wdzięczny tacie, za to co zrobił, żeby nam tego nie przekazać.
Wujo Jasio został w 1941 roku wywieziony na roboty do Niemiec. To początek jego wojennego koszmaru. Nie opowiadał o nim zbyt wiele. Co Tobie udało się od niego usłyszeć?
Opowiadał, że wywiezienie było rodzajem zemsty na jego ojcu. Że trafił do bauera i tam pracował, że został postrzelony – ot tak, bez przyczyny – przez jakiegoś Niemca. Mówił, że był w obozie koncentracyjnym, nazywał go Cesar Dora, ale kiedy staraliśmy się o odszkodowanie z Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie, powiedziano nam, że takiego obozu nie ma w rejestrach.
Wspominał, że był tam świadkiem straszliwych rzeczy, że widział stosy trupów, ale nie chciał o tym mówić. Potem trafił do oddziału, który pod ogniem budował okopy na linii frontu. Gdy któryś z nich ginął, przy pogrzebie niemieccy żołnierze oddawali im honory wojskowe, jakby w tej śmierci byli razem. Potem, już po wyzwoleniu, jako kierowca wujo miał jeździć w konwojach z Holandii do Włoch: w jego opowieściach były to niekończące się pochody ciężarówek przez Alpy i przez południową Francję. Jechali jeden za drugim, i jak któryś musiał zahamować swoim studebakerem, ci z tyłu uderzali, ale samochody były do tego przystosowane. Ponoć proponowano mu emigrację do Australii, ale wrócił, bo nie chciał zostawiać rodziców. Podczas powrotu do Polski musiało się coś strasznego wydarzyć; nie chciał o tym mówić, był przerażony, gdy o tym wspominał i to jeszcze w latach 90.. W tej opowieści było wiele luk, nie wszystko do siebie pasowało, nazwy się nie zgadzały. Wojenne przeżycia mocno odcisnęły się na jego losie. Z czwórki rodzeństwa tylko on nie skończyli studiów. W latach pięćdziesiątych nie mógł się uczyć, nie miał praw obywatelskich, jako element podejrzany ze względu na pobyt na Zachodzie. A to był człowiek bardzo inteligentny, niezwykle zdolny i ciekawy świata.
Został przy rodzicach, na gospodarstwie. Miał w sobie wiele goryczy i żalu, że coś stracił, że wiele go ominęło.
Wyżywał się w stolarce. Ławki w kościele w Kuźnicy są jego dziełem. Kiedyś wchodzę do warsztatu – pokój w starym domu zamieniony był w stolarnię, pachniało tam ramkami z ulów – i widzę wielki krucyfiks z rzeźbą ukrzyżowanego. Wujo go restaurował. Opowiadał mi, jak po wojnie jeździł na „ziemie odzyskane”, żeby przywieść organy do spalonego kościoła. No, mówiąc wprost – wyszabrować, ale to było traktowane jako reparacje wojenne. Montaż takich organów to wyzwanie, mechanizm jest diabelnie skomplikowany, ale wujo potrafił radzić sobie z takimi rzeczami. Tato mówił, że razem zakładali dach na kościele.
Przy okazji kościoła. Dom wuja stoi przy rzeczce Żwegrze, a za mostkiem jest „księdzowskie pole”. Pamiętam teologiczne kłótnie wuja z księdzem, którego nazywano „Kościa”. Kiedyś zrobił dwa razy podniesienie na mszy, był dość „wczorajszy”. Wujo czytał Biblię i myślał o niej po swojemu, a w dodatku nie darzył „Kostii” przesadnym szacunkiem. Kończyło się to na krzykach przez rzeczkę. Ksiądz wygrażał, że Jasia nie pochowa, a wujo na to, że jeszcze zobaczymy, kto kogo będzie chować.
Wujo miał wysokie standardy. Bardzo ciepło opowiadał o księdzu Szerokim, który mieszkał po drugiej stronie Kuźnicy i uczył wuja pszczelarstwa. Pisałaś o nim w swojej książce, to musiał być wyjątkowy człowiek.
Był w tym tak bardzo wielowymiarowy; był z Kuźnicą bardzo związany i potrafił Tobie, ale także mnie i innym, pokazać cała niesamowitość tego miejsca, ale też szerzej – świata.
Wujo Jasio, gdy wychodził do lasu, nie tylko szedł na grzyby, ale ten las coś dla niego znaczył. I on mi to przekazywał. Pokazywał mi pejzaż kuźnicki. Kiedy czytałem Pana Tadeusza, byłem przekonany, że to o Kuźnicy, bo wujo tak to czuł – przez poezję. Gdy się szło w stronę granicy, za „przestawką” (bocznicą, gdzie zmieniano wózki pod wagonami na te o rosyjskim, szerszym rozstawie) wchodziło się na górkę a później ostro w dół; tam była wspaniała panorama na wzgórza już za granicą, jakby mi pokazywał Caspara Davida Friedricha [wybitny niemiecki malarz romantyzmu niemieckiego]. Dziś powiedziałbym: pokazywał mi romantyczną naturę.
W ogóle to miejsce było przesycone przeszłością: Przede wszystkim stary dom, ale i inne rzeczy: przerdzewiała mosiężna łuska pod oknem, w kurniku koło od czołgu T-34, pewnie z 1941 roku; kury na niej siedziały. Wujo trzymał narzędzia w skrzynce od amunicji do MG-42, kopiąc kartofle znalazłem bardzo zardzewiały magazynek do karabinu Mosin. Ciotka Luda w ogródku od czasu do czasu wykopywała monety czasów saskich albo i wcześniejsze; ja też znalazłem bardzo cieniutką srebrną szwedzką monetę. Była też niesłychana kolekcja carskich banknotów, które po rewolucji z dnia na dzień stały się bezwartościowe. Przywiózł je – o ile się nie mylę – brat babci, albo kuzyn – który był organmajstrem w Wilnie i bogatym człowiekiem. Ale jak z tym przyjechał do Kuźnicy, to była już tylko makulatura. Żukowscy nie byli bogaci, ale nie byli biedni. Miarą dostatku było to, że chleb zawsze leżał na stole i można było ułamać sobie kawałek. Babcia piekła chleb na liściach tataraku, nie próbowałem, ale tato wspominał go z rozrzewnieniem.
Łaziłem na strych starego domu i tam znajdowałem stare lampy naftowe radia z lat 40 zamieszkałe przez szczury, jakieś marki sprzed reformy Grabskiego. A pod oknem stolarni było – jak to mówiono – cmentarzysko prehistorycznych zwierząt. Ponoć kiedyś, kiedy tato i Jasio byli dziećmi, wystarczyło chwilę pokopać, żeby znaleźć jakieś rogi czy kły. Ja znalazłem tylko jedną szablę dzika, rzeczywiście dużą, ale tylko jedną.
Chodziliśmy na cmentarze, zarówno katolicki jak i prawosławny. Wujo Jasio pokazał mi grób, na którym był napis: „Czym ja byłem, ty jesteś. Czym ja jestem, ty będziesz” i dziewiętnastowieczny nagrobek pewnej Francuzki z napisem „De l’ami a l’ami”. Nie znam jej historii i nie wiem, jak trafiła do Kuźnicy, ale ten napis do dzisiaj robi na mnie wrażenie. Chodziliśmy też na cmentarz prawosławny, gdzie był grób duchownego w kształcie pulpitu z otwartą księgą. Wujo i tato opowiadali, że gdy szedł front, przy cmentarzu prawosławnym stała armata radziecka. Potem Niemcy ją rozbili, a żołnierz z jej obsługi został pochowany na cmentarzu, tuż pod murem po prawej stronie od wejścia. Dla wuja Jasia i mojego ojca było bardzo ważne, żeby o tych ludziach pamiętać. Albo inny grób, przy drodze do granicy wzdłuż torów. Leży tam jakaś młoda kobieta, która próbowała przejść i zestrzelił ją radziecki żołnierz. Ponoć był przerażony, tym co zrobił. Wujo Jasio zapalał tam znicz w święto zmarłych.
Wujek był wrażliwym człowiekiem i dużo rozumiał. Nie mówił o swoim odczuwaniu świata wprost, ale miał opowieści i własne rytuały, jak to stawianie świeczki na grobie w lesie.
Bardzo dużo się od niego nauczyłem, także od ciotki Ludy i ciotki Antolki. We wczesnej młodości przez jakiś czas czułem się kimś z Kuźnicy. To był świat, który oni stworzyli.
Tomasz Żukowski – historyk literatury, profesor w Instytucie Badań Literackich PAN. Autor książek „Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów” (2018) i „Pod presją. Co mówią o Zagładzie ci, którym odbieramy głos” (2021).
Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
