Wspomnienia Leonida Pietraszkiewicza

Leonid Pietraszkiewicz, “Moje życie, moje wyznanie”
I. Wstęp
Urodziłem się dnia 5 września 1922 roku we wsi i gminie Ostrów, powiat Baranowicze, na ziemi Nowogródzkiej. Jestem białorusinem[1], obywatelem Polski, wyznania prawosławnego.
W naszej rodzinie nie prowadzono dzienników i pamiętników, dlatego moja praca konkursowa ma formę wspomnień. Ich źródłem są opowiadania rodziców, dokumentacja rodzinna, wreszcie własne przeżycia.
Decyduję się na udział w konkursie, ponieważ sądzę, że mając za sobą 67 lat w różnych czasach jestem w stanie przedstawić ciekawsze fragmenty zarówno mojego życia, jak też innych członków naszej rodziny przede wszystkim Ojca.
Odrębne wspomnienia /opowiadania/ starałem się wzajemnie tak powiązać, aby pomimo tej odrębności praca stanowiła spójną, chronologiczną całość, po prostu życiorys urozmaicony różnymi szczegółami.
II. Minione pokolenia
1. Ród „po mieczu”.
We wsi Mizgiry, na chutorze /folwarku/ Pietraszewszczyzna, słonimskiego powiatu żył mój pradziad Stefan Pietraszkiewicz. Wiem, że zmarł on w 1943-cim roku w wieku dziewięćdziesięciu kilku lat, a zatem urodził się przed 1850-tym roku. Jego żona, a moja prababka miała na imię prawdopodobnie Olga. Mówię prawdopodobnie, ponieważ to imię występuje tuż po imieniu „Stefan” w spisie zmarłych, za których modlił się mój Ojciec.
Mieli oni 5 synów i 2 córki. Nie wiem dokładnie ile, ale liczący kilkadziesiąt hektarów folwark uległby rozdrobnieniu, gdyby obdzielono ziemią wszystkie dzieci. Toteż celem zmniejszenia skutków rozdrobnienia postawiono na korzystne zamążpójście córek i ich wyposażenie, a z pośród synów zamiast nadziału gruntów dla najmłodszego Onufrego, postanowiono sfinansować jego wykształcenie na księdza prawosławnego, co też i nastąpiło.
Nie od rzeczy będzie tu wspomnieć o tragicznym losie prababki. W 1914-tym roku, po wybuchu I-szej wojny światowej na terenie carskiej Rosji miało miejsce t.zw. „bieżeństwo”, t.j. „uciekinierstwo”. Polegało ono na tym, że znaczna część ludności przed nadciągającymi wojskami niemieckimi masowo uciekała w głąb Rosji. Uciekła również rodzina Pietraszkiewiczów. Na jednej ze stacji kolejowych w głębi Rosji, podczas postoju rodzina rozeszła się w poszukiwaniu wody, drzewa itp., zaś w wagonie towarowym pozostała chora na tyfus prababka. W dawnej Rosji odjazd pociągu był poprzedzany jednokrotnym, dwukrotnym, wreszcie trzykrotnym uderzeniem w gong. Chyba jednak na skutek bałaganu okresu wojny pociąg odjechał niezapowiedziany, a w nim chora prababka wybyła w nieznanym kierunku. Poszukiwania po latach wyjaśniły, że w jednym z pociągów przybyłych do Moskwy znaleziono martwą kobietę zwaną Olgą Pietraszkiewicz, którą /wraz z wielu innymi/ pochowano w zbiorowej mogile na Nowodziewiczym cmentarzu.
Pozostała część rodziny w 1917-tym roku wróciła w strony ojczyste. Z pośród siedmiorga dzieci prarodziców znany mi jest los ich córki Zofii, która wyszła za mąż za leśniczego Kallistrata Sawickiego. W 1944-tym roku na skutek bliżej mi nieznanych nieporozumień z synem opuścili oni ojczyznę i znaleźli się na terenie USA, stan Ohio, miasto Cleveland. Nie znając języka ani ludzi związali oni swój los z miejscową parafią prawosławną złożoną z emigrantów rosyjskich, gdzie Kallistrat Sawicki wyświęcony został na diakona.
Ponieważ słowo „diakon” powtórzy się w moich wspomnieniach, zawczasu wyjaśniam, że jest to niższy stopień kapłaństwa poprzedzający wyświęcenie na księdza („jereja”). Wyświęcenie na diakona następuje po wstąpieniu w związek małżeński. On musi być kawalerem, ona panną. Diakon lub ksiądz (jerej) w razie owdowienia nie może ponownie wstąpić w związek małżeński. Diakon nie ma prawa udzielać sakramentów ani samodzielnie odprawiać nabożeństwa. Niesie on służbę pomocniczą przy księżach.
Tam też, tzn. w Cleveland moja cioteczna babka a jego żona Zofia zmarła 5 maja 1959 roku zaś Kallistrat Sawicki 13 maja 1973-go roku.
Losu innych dzieci Stefana Pietraszkiewicza nie znam. Natomiast najmłodszy syn, a mój dziadek Onufry Pietraszkiewicz urodził się 17 czerwca 1878r w Mizgirach. Nie wiem, kiedy wstąpił w związek małżeński z Marią Iwanowną Czabowską. Byłem w posiadaniu /sprezentowałem córce/ pamiątkowego kielicha srebrnego, który dziadek otrzymał w 1957 mieszkając na terytorium ZSRR z okazji 60-lecia służby kapłańskiej. Wnioskuję stąd, że święcenia kapłańskie otrzymał w 1897-mym roku, a zatem moi dziadkowie przed tym rokiem wstąpili w związek małżeński.
Z małżeństwa tego urodziło się troje dzieci:
- mój ojciec, Sergiusz Pietraszkiewicz (25.IX.1900 – 14.X.1985);
- córka Taisija (16.V.1907 – 13.VI.1985); jej mężem był Serafin Baturewicz, ksiądz prawosławny. Oboje pochowani w Świerdłowsku;
- syn Eugeniusz Pietraszkiewicz (7.III.1912 – 16.IX.1977), również ksiądz prawosławny.
Mój dziadek Onufry Pietraszkiewicz zawsze służył na wiejskich parafiach Polesia lub innych terenach Kresów Wschodnich. O trzech epizodach z jego życia jako ciekawostkach muszę opowiedzieć:
Jedną z jego parafii była wieś Małkowicze na Polesiu. Razu pewnego przybył do dziadka parafianin z prośbą o pochowanie krewnej. Po przybyciu na miejsce dziadek wysokimi schodami wszedł do mieszkania. Chałupa bowiem znajdowała się na wysokości paru metrów na palach wbitych w grunt. W czasie bowiem rozlewów poziom wody w dorzeczu Prypeci znacznie się podnosił, nieraz sięgał prawie progu chaty. W takich okresach łączność ze światem zewnętrznym możliwa była tylko przy użyciu łodzi.
Po wejściu do mieszkania dziadek przystąpił do sporządzania aktu zgonu. Dane osobowe zmarłej zapodawał gospodarz w wieku około pięćdziesiątki. Na zapytanie o imię matki nieboszczki odrzekł: „batiuszka /ojczulku/, dalibóg nie wiem, być może wie ojciec; tato! Chodźcie tu!” Do mego dziadka podszedł starzec i pyta o co chodzi, a zapytany o imię matki zmarłej odpowiedział: „jejbohu nie wiedaju /jak Boga kocham nie wiem/, ale pójdę przyprowadzę tatę”. Przywołał z podwórka siwiuteńkiego, ale jeszcze rześkiego starca, który też nie był zdolny udzielić żądanej informacji, ale rzekł: „czekajcie, ja pakliczu baćku /zawołam ojca/”. Poszedł do drugiej izby i powiada: „tatu, batiuszka was kliczuć /tato, ojczulek was woła/”. Przez otwarte drzwi dziadek zobaczył, że z poziomego pieca tzw. „ležanki” zszedł bardzo stary człowiek, to znaczy już pradziadek gospodarza, co prawda powolny w ruchach, a prosto się trzymający, nie schorowany. Imię matki zmarłej osoby on znał, bowiem nieboszczka to była jego stryjeczna, czy też cioteczna siostra. Przy tej okazji miał miejsce z nim dialog mniej więcej następujący:
Dziadek: „ile wy ojcze liczycie lat?”
Starzec: „batiuszka, na wiosnę minęło już 113”
Dziadek: „ale jeszcze się trzymacie, widać że zdrowie wam służy?”
Starzec: „eee….batiuszka, jakie tam zdrowie, już dwa lata jak kosić
zaprzestałem. Ot najwyżej z synem pojadę łódką i niewodem ryby połowię.”
Wyjaśniam, że wówczas na Polesiu ludową miarą sił starego człowieka była jego możliwość posługiwania się kosą. Dodam, że na tej parafii dziadek przebył po tym pogrzebie jeszcze dwa lata, a starca tego pozostawił żyjącego.
Z tego zaś opowiadania warte są odnotowania dwa morały:
- O długowieczności człowieka decyduje nie tylko klimat, ten bowiem na Polesiu jest nie najlepszy;
- Podziwu godne było zgodne współżycie wielopokoleniowego grona rodzinnego, a w tym szacunek dla starszych.
Na jednej z kolejnych parafii we wsi Wielkie Łuki, 16km od Baranowicz dziadek przebył ponad 30 lat. Każdego roku, zgodnie z tradycją, po świętach 3-ch Króli (19. I w/g nowego kalendarza) razem z psałomszczykiem (odpowiednik organisty w kościele rzymsko-katolickim) odwiedzał domy ze święconą wodą. Polega to na tym, że w każdym domu ksiądz odprawiał krótką modlitwę za zdrowie domowników połączoną z życzeniami pomyślnego roku. Po skończonym w danym dniu obchodzie, zazwyczaj wieczorem, ludzie fundowali dla kleru posiłek. Otóż pewnego razu w jednej ze wsi, na takim poczęstunku gospodyni posadowiła za stół dziadka, psalmistę i furmana, zapraszając do posiłku. Sama też odkroiła sporą pajdę chleba, nabrała z półmiska palcem masła i grubo nasmarowała na chleb, następnie podała dla dziadka ze słowami: „macie ojczulku, spożywajcie na zdrowie”, po czym zwróciła się do pozostałych i rzekła: „a psalmista i furman niewielcy panowie; mogą sobie nasmarować sami”. Inna rzecz, że kobiecina była schludna, mieszkanie czyste, toteż zdając sobie przy tym sprawę z tego, że właśnie w tej formie gospodyni chciała okazać księdzu niekłamany szacunek – dziadek podany chleb spożył.
Na tej-że parafii, w końcu 1917 lub na początku roku przybyła do wsi tzw. „rewolucyjna trójka”. Taka trójka jak sama nazwa wskazuje, składała się z trzech „aktywistów z rejonu”, a jej zadaniem było udanie się na tę, czy inną wieś, zwołanie „schodu” (schod = zejście się, zgromadzenie ludzi, po prostu zebranie wiejskie) i zgodnie z wolą mas oczyszczenie wsi z „kontrrewolucyjnego elementu”. Takim „elementem” był zazwyczaj ksiądz (pogardliwie pop), nauczyciel, ewentualnie policjant lub urzędnik gminy. Odbywało się to w ten sposób, że aktywista z trójki powiadał: „u was we wsi jest kontrrewolucyjny element, wróg proletariatu, to znaczy pop, nauczyciel… i ten element trzeba zlikwidować. Kto jest przeciw? Nikt? Znaczy się jednogłośnie”. Bezpośrednio po zebraniu trójka udawała się do domów „osądzonych”, wyprowadzała poza wieś i rozstrzeliwała.
Właśnie we wsi Wielkie Łuki na takim zebraniu „uchwalono” zlikwidować dziadka i nauczyciela. Ten ostatni nie uniknął swego losu, dobra bowiem dusza zdołała niepostrzeżenie opuścić zebranie i uprzedzić „skazańców”. Dziadek bez żadnych przygotowań „na oklep” uciekł koniem do odległej o ca 80 km rodzinnej wsi Mizgiry. Wkrótce też trójka przybyła na plebanię, a na zapytanie „gdzie pop” babka oświadczyła, że nie tak dawno wezwany został do chorego. Indagowana dalej odrzekła, że nie wie do jakiej wsi pojechał, gdyż teraz w okresie epidemii wyjazdy są częste. „Trójka” udała się do nauczyciela, który nie zdążył uciec i „załatwiła go” po czym wróciła na plebanię i pewien czas odczekała, a następnie wybyła na inny teren. Na parafię dziadek powrócił dopiero wówczas, gdy na tym terenie rozpoczęto formowanie organów państwowych Polski Międzywojennej.
Wracając jeszcze na chwilę do potomstwa Onufrego i Marii Pietraszkiewiczów informuję, że ich najstarszy syn Sergiusz, który urodził się we wsi Hoszczewo na Polesiu, został oddany na naukę w seminarium duchownym. Po jego ukończeniu, dekretem Kancelarii Biskupa Pińskiego i Nowogrodzkiego Nr 176 z dnia 20 maja / 2 czerwca 1921 roku został skierowany na miejsce psalmisty w Parafii Prawosławnej św. Piotra i Pawła we wsi (siedziba gminy) Ostrów, 14 km od wsi Wielkie Łuki, tj około 30 km od m. Baranowicze.
Widzimy tu, że w dokumencie datę określono: stary kalendarz/ nowy. W zachowanych u mnie dokumentach – od 1923 roku praktyka ta już nie występuje, chociaż zdarza się, że operując datą podkreślano: „według nowego kalendarza”.
2. Ród „po kądzieli”
Pradziad mój po matce, Mikołaj Mackiewicz był księdzem prawosławnym. Ostatnią jego parafią była wieś Siniawka, pow. Słuck, położona przy szosie Baranowicze – Mińsk. Bliższych danych o pradziadach nie znam. Wiem, że jego żona, tzn. prababka moja miała na imię Katarzyna. Wiem również, że zostali oni pochowani w tejże Siniawce – obok cerkwi. Byłem tam w m-cu sierpniu 1969-go roku, gdy miałem zaproszenie do swego jeszcze żyjącego wówczas stryja Eugeniusza Pietraszkiewicza w m. Lachowicze, dwadzieścia parę km od Baranowicz. W czasie tego pobytu żona stryja – ciocia Zofia pojechała ze mną autobusem do odległej o około 20km Siniawki i wskazała mi mogiłę pradziadków. Cerkwi już nie pozostało ani śladu, na jej miejscu i rozległym otoczeniu znajduje się wygon, to jest pastwisko dla bydła. Pośrodku zaś wygonu znajduje się żelazne ogrodzenie, a wewnątrz niego gęste zarośla bzu. Nie wiem czy znajduje się tam pomnik, lub krzyż ponieważ do mogiły nie podchodziłem. Zaproszenie bowiem miałem do m. Lachowicze i zakazanym mi było oddalanie się poza miejsce zaproszenia, czyli moja obecność w Siniawce była nielegalna. Na mogiłę pradziadków mogłem zatym popatrzeć jedynie z dala (kilkadziesiąt m. od przystanku autobusowego). Człowiek na przystanku – to rzecz naturalna: pasażer czeka na autobus i tyle. Nie mogłem jednak afiszować się i ma otwartej przestrzeni zbliżać do mogiły, gdyż w środowisku wiejskim jako obcy człowiek rzuciłbym się w oczy. Wówczas zaś w wyniku zainteresowania przypadkowego „aktywisty” mój pobyt u krewnych mógł się zakończyć nieprzyjemnie i znaczniej szybciej, niż zamierzałem.
Nie wiem ile moi pradziadkowie Mikołaj i Katarzyna Mackiewiczowie mieli potomstwa, ale na pewno co najmniej jedną córkę i trzech synów. Córka Barbara – to chrzestna mojej matki Zinaidy Mackiewicz, urodzonej 1 czerwca, a ochrzczonej 11 października 1901 roku we wsi Bobrowicze, pow. Pińsk. Dowód: wypis z księgi metrycznej o urodzonych za rok 1901 rok Bobrowickiej Św. Paraskiewy Cerkwi, wydany 2 sierpnia 1912 roku za Nr 71 (oryginalny druk z godłem Rosji, tj. dwugłowym orłem i z adnotacją: dla celów szkolnych).
Natomiast synowie pradziadków, o których jest mi wiadome, to byli Paweł, Mikołaj i Jerzy, wszyscy księża prawosławni. Paweł przez kilka lat na przełomie 1930 /przed i po/ roku był proboszczem w m. Baranowicze i dziekanem prawosławnego okręgu baranowickiego.
Z pośród wymienionych trzech synów w niniejszych wspomnieniach uwagę skupię na Jerzym Mackiewiczu. Urodził się on 7.IV.1876r w Sławkowiczach, pow. Bobrujsk. Jego żona Ludmiła, ur. 8.I.1883 w Mińsku Litewskim. Dowód: akt nadania dla obu w/w obywatelstwa Państwa Polskiego Nr 588/AD/VI z dnia 26 stycznia 1925r. przez Urząd Wojewódzki Nowogrodzki. Mogę dodać, iż Ludmiła pochodziła z domu Strusiewicz i była córką duchownego prawosławnego – Michała Strusiewicza, diakona w Klasztorze Żeńskim w Mińsku.
Nie wiem, kiedy wstąpili oni w związek małżeński, ale pamiętam, że Ks. Jerzy Mackiewicz w 1950-tym roku obchodził jubileusz 50-lecia służby kapłańskiej, czyli prz 1900-nym rokiem lub najpóźniej w 1990-nym musiał już być żonatym.
Małżeństwo Jerzy i Ludmiła Mackiewiczowie mieli trzy córki:
- najmłodsza Helena, ur. 1.XII.1912r w Siniawce, później żona notariusza w Wołominie, oboje zamieszkiwali w osiedlu Kobyłka k/Warszawy; on zmarł 24.I.1971, a ona 27.XII.1971, oboje pochowani na cmentarzu rzymsko-katolickim w Kobyłce. Ich jedyna córka Małgorzata Jarocka-Siemińska jest redaktorem w czasopiśmie „Argumenty”;
- średnia Ksienia Komar, ur. Prawdopodobnie w 1907 roku, żona księdza prawosławnego, zmarła 1972 lub 1973r, w m. Jurjewiec nad Wołgą, pochowana razem z mężem;
- najstarsza Zinaida, urodzona 1.VI.1901, nawiązuję tu do wymienionego w pierwszych wierszach strony 9-tej[2] aktu urodzenia Nr 71 Cerkwi w Bobrowiczach.
Na przełomie XIX-XX wieku wśród duchowieństwa prawosławnego carskiej Rosji panował niepisany zwyczaj polegający na tym, że jeśli ksiądz na pewnej parafii zakończył swe życie, a wśród jego potomstwa są księża, wówczas na wakujące miejsce proboszcza biskup przenosił księdza-potomka. Na stronie 8[3] napisałem, że mój pradziadek zmarł w Siniawce. Właśnie na jego miejsce został przeniesiony jego syn Jerzy Mackiewicz. Nie wiem, w którym roku to nastąpiło, w każdym bądź razie w 1912-tym roku (udokumentowana data i miesce urodzenia najmłodszej córki) był on już w tej parafii. Potem nie wiem z jakiego powodu i kiedy wybył on z dziećmi do Parafii Ostrów, pow. Baranowicze. Zgodnie z posiadaną przeze mnie dokumentacją rodzinną – w 1921-szym roku na tej parafii był on już z całą pewnością.
Przypomnijmy sobie, że wnuk Stefana, a syn Onufrego – Sergiusz Pietraszkiewicz, po ukończeniu seminarium duchownego został skierowany w 1921 roku na psalmistę do parafii Ostrów (str. 7-ma)[4].
Jednocześnie przed chwilą dowiedzieliśmy się, że syn Mikołaja Mackiewicza – Jerzy z córkami, a w tym z najstarszą Zinaidą byli już na tej-że parafii. To też nic dziwnego w tym, że psalmista Sergiusz Pietraszkiewicz i córka proboszcza Zinaida Mackiewicz, po krótkiej znajomości w dniu 24 września 1921 roku wstąpili w związek małżeński. Ślub odbył się w cerkwi Św. Piotra i Pawła w Ostrowiu.
W dniu 5 września 1922 roku urodził im się syn Leonid – autor niniejszych wspomnień. W 1969 roku, gdy byłem w ZSRR , o czym była mowa na stronie 8-mej[5], jeździłem też do Ostrowia. Widziałem dom, w którym się urodziłem (obecnie mieści się tam wiejska izba porodowa). Cerkiew stała na miejscu, a z wewnątrz cerkiewnej zagrody pobrałem garstkę ziemi ze stron rodzinnych, którą będę przechowywał do ostatnich swoich dni.
III. Dzieciństwo.
Podczas pobytu na miejscu psalmisty w parafii Ostrów, mój ojciec wyświęcony został na diakona przez Biskupa Pińskiego i Nowogródzkiego w katedrze nowogrodzkiej. Dokument – akt wyświęcenia wydany został na pergaminie, arkusz o wymiarach 58 x 44 cm za Nr 15 opatrzony datą 7430 od stworzenia świata, zaś od wcielenia Syna Bożego 1921, miesiąca października w 11-ty dzień. Jednocześnie będąc już diakonem ojciec podjął stacjonarne dwuletnie studia teologiczne przy Seminarium Duchownym w Wilnie, kończąc je pomyślnie. Na tej podstawie został on dopuszczony do badań próbnych i egzaminu na godność kapłana. Tu mała ciekawostka: na egzamin wezwany został pismem Konsystorza Pińskiego i Nowogródzkiego 4933 z dnia 10 listopada 1923 roku, w którym zalecono:
– przybyć na egzamin 5.XII.1923 „według nowego stylu na godz. 12.00;
– w kancelarii Konsystorza uprzednio uiścić 3.520.00 marek tytułem opłaty egzaminacyjnej /na to mam dokument, a ojciec mówił, że stanowiło to wartość kury/;
– zastrzeżono, że z uwagi na zbyt młody wiek samodzielna parafia jeszcze nie może być przydzielona.
Jednym z warunków otrzymania samodzielnej parafii było posiadanie obywatelstwa, inaczej wojewoda nie zatwierdził by wyznaczenia przez Biskupa proboszcza na daną parafię. Takie uwarunkowanie miało swój cel: stwarzać dla „mniejszości narodowej” określone utrudnienia. Inaczej nie można tego wymogu ocenić, skoro:
- już w 1921-szym roku rodzice wszczęli postępowanie o poświadczenie obywatelstwa i otrzymanie dowodu osobistego. Nikt nie wątpił, że oboje urodzili się na terenie Rzeczypospolitej Polskiej. Wynikało to z dokumentów. Pomimo to Starostwo Powiatowe w Baranowiczach wydało im poświadczenie obywatelstwa za Nr 5936 dopiero dnia 16/VII-1925, to jest po czterech latach wydano decyzję w stosunkowo prostej sprawie;
- po wniesieniu opłaty po 80 zł, czyli równowartości jednej krowy za jedną sprawę /dotyczącą jednej osoby/ rodzice otrzymali wydane przez to samo Starostwo dowody osobiste:
- ojciec: Nr 7015 Seria B druk NR 092033;
- matka: Nr 7016 Seria B druk NR 092034;
Dowody te przechowuję po dziś dzień, ale zwracam uwagę na koszt.
Tonowo-Słobódka
Na skutek otrzymania poświadczenia obywatelstwa, dekretem Nr 6081 z dnia 21.XII.1925r Poleskiego Duchownego Konsystorza Prawosławnego ojcu przydzielono probostwo na parafię Tonowo-Słobódka, powiat Stołpce (około 35 km od kolei). Dopiero jednak w dniu 14 marca 1926r. „z Bożej Łaski pokorny Aleksander, Biskup Poleski i Piński” po wyrażeniu zgody przez wojewodę na skierowanie ojca do parafii Tonowo-Słobódka, wyświęcił go na kapłana. Dowodem służy wspaniały akt święceń, wypisany na wysokiej jakości papierze o wym. 65×51 cm.
Dygresja: może zanudzam takimi szczególikami, ale piszę o tym dlatego, że niektóre rzeczy są takimi reliktami przeszłości, których jeśli chodzi o formę zewnętrzną – dzisiaj nie spotyka się.
W ślad za aktem wyświęcenia zostaje wydany dekret Nr 1918 Poleskiego Duchownego Konsystorza z dnia 19 marca 1926r, w myśl którego „zgodnie z rezolucją Jego Eminencji proponuje się Księdzu niezwłoczne przystąpienie do wykonywania obowiązków proboszcza parafii Tonowo-Słobódka, powiatu Stołpce.” (Powołano się na rezolucję Nr 2334 z dnia 11 grudnia 1925).
Pobytu właśnie na tej parafii sięgają moje najwcześniejsze wspomnienia z lat dziecinnych. Oto niektóre oderwane od siebie obrazki:
- W tej parafii – jedynymi osobami wyznania rzymsko-katolickiego było bezdzietne małżeństwo staruszków Marcinkiewiczów oraz nauczyciel z żoną i ojcem. Parafia zaś liczyła ponad 3.000 „dusz”. To jest wstępna uwaga, która przyda się do pewnego fragmentu dalszych wspomnień (pójście do szkoły).
W swojej zagrodzie Marcinkiewicz miał nieduży budynek, do połowy zrębu w ziemi. Do tego budynku czasem chodził ze mną ojciec. Przy jednej ze ścian tego budynku ojciec kładł mnie na dolną półkę a sam wchodził na górną. Marcinkiewicz zaś na na kupę gorących kamieni z przeciwległej strony wylewał parę wiader wody, a ojca i mnie otrzepywał brzozowymi miotełkami. Była to wiejska łaźnia, tzw. rosyjska „bania”. - Razu pewnego latem, „na alarm” pomocnicy domowej, rodzice udali się do ogrodu wygonić świnię, no i stało się: nie upilnowany wziąłem pudełko zapałek, schowałem się pod strzechą budynku gospodarczego nad piwnicą, który „spalił się”.
- Onegdaj ojciec mój chodził zdenerwowany po plebanii /7 pokoi i kuchnia/, a ja dopytywałem się, gdzie mama. Ojciec rzekł, że „mama jest chora i nie można do niej wchodzić”. No i od dnia 24.IV.1926r przestałem być jedynakiem, a dla braciszka nadano imię Rościsław.
- Niejako przełomowym momentem w moim życiu było zdarzenie: udałem się w ślad za ojcem do cerkwi. Jak mi mówiono za ojcem chodziłem często. W cerkwi odbywało się nieznane mi nabożeństwo, a po środku cerkwi leżał człowiek w skrzyni. Nie mogłem zrozumieć,
– dlaczego wszyscy stoją lub klęczą, a ten człowiek leży;
– dlaczego on się nie rusza;
– dlaczego skrzynię, w której on leżał, zabito później gwoździami, zaniesiono do lasu i schowano w ziemi.
Wieczorem kierowany dziecinną ciekawością pytałem o to ojca. Odpowiadając ojciec wyjaśnił mi istotę Boga, życia i śmierci. Od tego też czasu każdego wieczora Ojciec wpajał mi wiarę w Boga, nauczał modlitw, słowem dla mnie rozpoczęła się nauka religii.
Moment pogrzebu człowieka stał się dla mnie przełomowym dlatego, że poprzednio w mojej pamięci /świadomości/ wryły się pojedyncze oderwane od siebie fakty, a od tego momentu zarysowała się już ciągłość mojej świadomości. Porównać to można tak: pojedyncze zapamiętane zdarzenia były fotografiami, zaś od tego zdarzenia rozpoczął się trwający do dziś dnia film. Zaczęła się też moja nieustanna obserwacja ludzi i życia, zarysował się mój bezpośredni udział w życiu, w tym w życiu religijnym.
I tak każdej niedzieli prowadzony byłem przez matkę do cerkwi na mszę. W cerkwi prawosławnej w czasie Komunii Świętej przyjmowanej przez starszych do kielicha mszalnego przynoszone również są dzieci, którym pod postacią wina podawana jest Krew Chrystusa, zgodnie z Jego zapowiedzią wyrażoną w czasie Ostatniej Wieczerzy: „pijcie ją wszyscy, albowiem jest to krew moja Nowego Testamentu za was i za wielu przelewana na intencję darowania grzechów”. Oczywiście i ja byłem do kielicha przynoszony.
W parafii tej istniał niespotykany gdzie indziej zwyczaj: otóż w niedzielę przynoszono pod cerkiew prosię /w worku/ z pierwszego miotu maciory, które po przeczytaniu przez księdza modlitwy „o zwielokrotnienie pogłowia” pozostawiano na rzecz kleru.
Cerkiew w parafii Tonowo-Słobódka pod wezwaniem Św.Św. Kosmy i Damiana (1.XI) wybudowana była w XIX wieku ze środków dworu panującego, a w związku z tym powstawała ona pod stałą opieką Jego Imperatorskiej Wysokości. Do 1917 roku była ona nieustannie obdarowywana. Jeden raz ojciec wszedł na strych cerkwi i stwierdził, że sporo pakunków jest tam nierozpakowanych /nadanie w Petersburgu/, bowiem przedmiotów liturgicznych, obrazów, ikon, chorągwi i ksiąg w bieżącym użytku cerkiew miała pod dostatkiem. Ojca zainteresował rulon, w którym okazały się malowane olejno na płótnie obrazy Chrystusa i Matki Boskiej w pełnych postaciach, wymiary mniej więcej 100 x 60 cm. Obrazy te ojcu się spodobały, a widząc to opiekun cerkiewny sprezentował je ojcu. W roku 1976 lub 1977 obrazy te ojciec podarował do nowowybudowanej cerkwi cmentarnej we wsi Nowowola, dawny powiat Sokółka koło Białegostoku.
Tonowo-Słobódka była dobrą parafią, a jedną z cech o tym świadczących był niekłamany szacunek okazywany swemu proboszczowi. Oto przykłady:
- w niedzielę parafianie już przed nabożeństwem zbierali się koło plebanii i ustawiali się w szpaler, a gdy ksiądz wychodził z domu, parafianie otaczali go i wspólnie podążali do świątyni;
- na każde wesele ksiądz z żoną był zapraszany w gościnę. Nie rozpoczynano biesiady weselnej, dopóki stół bue został pobłogosławiony przez „batiuszkę” /ojczulka/. Po posiłku zaś swat, na znak swej godności przepasany długim, haftowanym ręcznikiem podchodził do księdza, nisko się kłaniał i prosił o pozwolenie na to, aby młodzież mogła się pobawić.
Jeśli jednak mówię o tym, że była to dobra parafia, to wcale nie oznacza, że życie księdza było nieustanną sielanką. Tu nawiąże do pisarza rosyjskiego Niekrasowa; nie zamierzam oceniać, czy jest to pisarz dobry czy zły, to rzecz gustu. Nie mam jednak doń szacunku za to, że w swym pogardliwym wierszydle pt. „Komu na Rusi żyć dobrze” wymienia popa i kota, gdyż jeden i drugi na piecu leży i nic nie robi. Tymczasem w każdej bez wyjątku parafii znajdzie się kilka jednostek, które – wyrażając się współczesnym żargonem – wprowadzają ferment w środowisku i drogą kłamliwych donosów do biskupa usiłują zniesławić proboszcza. W tej parafii takimi jednostkami byli Żuk i Pouchleb. Po przeprowadzeniu dochodzenia na skutek jednego z ich donosów Konsystorz uznał za niesłuszne zarzuty dotyczące rzekomo niewłaściwego stosunku mego ojca do parafian. Przedstawiciel Kosystorza zakomunikował o tym publicznie z ambony, zaznaczając że dalsze ich donosy w ogóle nie będą rozpatrywane. /Uwaga: anonimów Konsystorz nie rozpatrywał/. Trzeba przyznać, że oboje wstydzili się swego czynu.
W tej parafii istniał zwyczaj polegający na tym, że do domu w którym znajdował się ciężko chory człowiek, zapraszany był ksiądz i w obecności wielu sąsiadów – parafian – odprawiał obrządek na intencję uzdrowienia chorego z położeniem na twarz otwartej ewangelii. Trzeba trafu, że u Pouchleba ciężko zachorował kilkunastoletni syn, lecz jego rodzic wstydził się przywołać doń księdza. Natomiast mój ojciec, gdy się o tym dowiedział, najbliższej niedzieli sam go uprzedził, że bezpośrednio po nabożeństwie z procesją uda się do jego domu celem odprawienia modlitw na intencję chorego. Pouchleb oświadczył: „to ja ojczulku pobiegnę do domu nieco wcześniej i dopilnuję, by wszystko było przygotowane (czysta bielizna i pościel chorego, nakrycie obrusem stołu, postawienie lichtarzy z płonącymi świecami oraz ikony). Ojciec w obecności wielu wiernych odprawił obrzęd i wygłosił okolicznościowe kazanie, zaś gospodarz podziękował „batiuszce” za życzliwość i poprosił o puszczenie w niepamięć tego, co z jego strony było złego. Ojciec oświadczył, że już dawno zapomniał o tym i nie ma żadnej urazy. Od tego momentu nieporozumienia w tej parafii za czasów ojca ustały.
Muszę jeszcze wspomnieć o pewnym ciekawym zjawisku występującym w tej parafii, a nawet w terenie. Otóż teren ten znajdował się niedaleko granicy z ZSRR. „Żelazna kurtyna” była wówczas jeszcze mocno dziurawa, to też przemyt był na porządku dziennym. Nasza strona ofiarowała żywność, ubranie i obuwie w zamian za złote pięcio- i dziesięciorublówki. To też w tym skrawku Polski normalną rzeczą był obrót tą walutą między obywatelami. Na porządku dziennym było określanie wartości transakcji i rozliczanie złotymi rublami. W tej też parafii od lat ustanowionym było, że na rzecz kleru ofiarowano z okazji ślubów – 10 rubli, a z okazji pogrzebu lub chrztu – 5 rubli. Również w prywatnych sklepach można było płacić złotówkami lub rublami; ewentualną resztę wydawano stosując przelicznik – o ile się nie mylę – 1 rubel = 5 zł z tym, że kurs ten miał zwyżkową tendencję wartości rubla. Jeśli jednak złota moneta trafiała do kieszeni kupca narodowości żydowskiej, to z reguły do wolnego obrotu ona już nie wracała.
Nastąpił 1929 rok, ukończyłem 7 lat. Zostałem zaprowadzony do szkoły i tu dopiero zaczęły się komplikacje: cała ludność była białoruska, a i u mnie w domu na co dzień posługiwano się językiem rosyjskim. Skutek był taki, że dzieci 1-szej klasy nie rozumiały, co do nich mówi nauczyciel. Jednak adaptacja do języka polskiego następowała dość szybko. Nauczycielem był wielce szanowany przez ojca i ludzi Pan Karol Knapik, mieszkający od lat na tym terenie i posiadający tu swą majętność ziemską. Sytuacja nieznajomości języka polskiego przez pierwszoklasistów nie była mu zatem obca i wiedział on jak w związku z tym postępować.
Wreszcie będąc jeszcze na tej parafii pamiętam, że dosyć późną jesienią tego 1929-go roku przez wieś Litwę odległą o kilka kilometrów od Tonowo-Słobódki przejeżdżał Prezydent Rzeczypospolitej Ignacy Mościcki. W tej wsi leżącej przy szosie z tej okazji postawiona była brama tryumfalna umajona gałązkami choinki. U bramy Pan Prezydent jadący samochodem zatrzymał się witany chlebem i solą, delegatom uczestniczącym w powitaniu uścisnął dłonie, a między innymi i memu ojcu. Dzieci natomiast stały szpalerem po obu stronach szosy z chorągiewkami; a zatym z bliska widziałem Prezydenta, co jak na owe czasy było rzadkością.
Kończąc wspomnienia z Tonowo-Słobódki zwrócę uwagę na pewien szczegół, z którym gdzie indziej nie spotkałem się. Otóż na kresach wschodnich niektóre wsie parafialne miały taki układ architektoniczny, że zabudowane były w formie regularnego czworoboku, a w jego centrum znajdowała się ogrodzona cerkiew. W rogach zaś tego czworoboka znajdowały się drogi wjazdowo-wyjazdowe. Gospodarz mający siedzibę na rogu wsi określany był z białoruska „kańcawy” tzn. „końcowy”. Oprócz Tonowo-Słobódki taką wsią był również Ostrów – miejsce moich narodzin.
Miasteczko Zdzięcioł
W pewnym okresie prawdopodobnie nastąpiły zmiany w podziale terytorialnym diecezji prawosławnych, gdyż dziadkowie ze strony ojca i matki pozostając w swych parafiach znaleźli się na obszarze diecezji grodzieńskiej i nowogrodzkiej, zaś ojciec pozostając w Tonowo-Słobódce okazał się na terytorium diecezji wileńskiej i lidzkiej. Życzeniem rodziny było znajdowanie się wszystkich jej członków – duchownych w jednej diecezji. Za obopólną zgodą biskupów ojciec z dniem 20.XII.1929r zostaje przeniesiony jako wikary do parafii i dekanatu Zdzięcioł, pow. Nowogródek (niedaleko Zdzięcioła znajdował się majątek Dzierżyniewo, z którego pochodził F. Dzierżyński). Proboszczem tej parafii i dziekanem okręgu zdzięciolskiego był ksiądz Antoni Sokół Kutyłowski, osobistość niezbyt ciekawa, zadufana w sobie, lubiąca przy tym władzę. Oto obrazki: do Zdzięcioła przybyliśmy pod wieczór, umieszczono nas w Plebanii, lecz proboszcz znajdujący się za ścianą tego dnia nie raczył zainteresować się, jakim też wikariuszem biskup go obdzielił. Ojciec sam uznał za stosowne „zameldować swe przybycie”, lecz poprzez pomoc domową został poinformowany, że „proboszcz już śpią i proszą na jutro rano”. A zatym na samym początku dano ojcu do zrozumienia, że na życzliwość nie może liczyć. Albo: co niedzielę chodziliśmy do cerkwi, lecz pamiętam iż bardzo rzadko umożliwiano ojcu odprawianie nabożeństw; w zdecydowanej większości proboszcz odprawiał je sam.
Tym niemniej ojciec Antoni był elegancki zewnętrznie, dobrym kaznodzieją, niezłym administratorem. Ładnie odprawiał nabożeństwa, wstrzemięźliwy w sprawowaniu. Otóż razu pewnego ojciec tak rzekł do matki: „wiesz co Zinoczka, ojciec Antoni jest chyba dziś w dobrym humorze, gdyż postawił mi dziwne pytanie, mianowicie czy dobry ksiądz może być jednocześnie bezbożnikiem, na co odrzekłem, iż trudno mi o tym sądzić z braku doświadczenia”. Matka zaś ojcu odpowiedziała: „a wiesz co, Sieroża? W tym pytaniu on miał na myśli siebie samego”. Te słowa matki okazały się być prorocze. Los zrządził, że Ks. A. Sokół-Kutyłowski znalazł się w parafii Ostrów, czyli tam gdzie ja się urodziłem, tam gdzie na parafii był mój dziadek ze strony matki, a sąsiednią parafią były Wielkie Łuki, gdzie proboszczem aż do 1946 roku był dziadek ze strony ojca; odsyłam do stron 5 lit „b”, koniec 6-tej i początek 7-mej niniejszych wspomnień[6]. Otóż w 1939 roku, gdy na tej części Polski została wprowadzona władza radziecka, ojciec Antoni pewnej niedzieli po mszy zamiast kazania – tuż w cerkwi publicznie zdjął z siebie szaty liturgiczne, cisnął je na podłogę i podeptał oświadczając, że to wszystko jest kłam i szarlataneria. Od władz otrzymał on stanowisko nauczyciela, a za okupacji niemieckiej był stróżem nocnym na składzie drewna i pewnego ranka znaleziono go (zimą) zmarzniętego na śmierć. Tak oto Opatrzność ukarała go za pohańbienie Świętego Sakramentu Kapłaństwa. To znaliśmy w naszej rodzinie z relacji dziadka. Ojciec w swoich pouczeniach podkreślał, że „człowiekowi każdy grzech może być darowany, lecz nie będzie darowane pohańbienie Ducha Świętego”. Każdy zaś sakrament udzielany jest w imię Ducha Świętego. Tę uwagę przytaczam, gdyż do tego nawiążę jeszcze w dalszej części wspomnień.
Z życia osobistego w Zdzięciole niewiele mogę powiedzieć. Ukończyłem tu I-szą klasę i przeszedłem do II-giej. Przenosząc zresztą ojca do Zdzięcioła biskup zastrzegł, że tutaj pobyt jego będzie przejściowy. Po prostu osobie niejako obcej, przybyłej z innej diecezji nie wypadało od razu przydzielać samodzielnej parafii. I rzeczywiście, już z dniem 4.XII.1930 roku ojciec zostaje przeniesiony do parafii Choroszewicze, gmina Podorosk, pow. Wołkowysk, ówczesne województwo białostockie. Najbliższa stacja kolejowa 36km. Tu wracam do sylwetki byłego księdza O. Sokół-Kutyłowskiego . Powołuję się na jego pismo jako dziekana z dnia 25.X.1930 r Nr 743 skierowanym do ojca mieszkającego za ścianą, w którym on „proponuje niezwłoczny wyjazd do parafii Choroszewicze, wołkowyskiego powiatu”. W pierwszej bowiem wersji Konsystorz w Grodnie wydał ojcu skierowanie do Choroszewicz – rezolucja Nr 9522 Arcybiskupa Grodzieńskiego i Nowogródzkiego z dnia 16.X.1930r, nie określając terminu wyjazdu. To zaś skierowanie O. Antoni jako dziekan doręczył ojcu /mieszkającemu za ścianą – jeszcze raz tu podkreślam/ wraz z pismem swoim – przewodnim Nr 731 z dnia 20.X.1930r. Istniał zaś zwyczaj, że przenoszony duchowny miał czas około miesiąca na uregulowanie spraw rodzinnych, majątkowych, spakowanie rzeczy, wynajęcie kilku furmanek na przeprowadzkę, gdyż w tym czasie wynajęcie samochodu w ogóle było nieosiągalne. Po przybyciu na nową parafię następowało z tym dniem zatwierdzenie przez biskupa na nowym stanowisku. To też ponaglanie przez O. Antoniego ojca po 5-ciu dniach do opuszczenia Zdzięcioła było co najmniej nietaktowne.
Choroszewicze
Parafia ta liczyła ponad 3500 dusz białorusinów wyznania prawosławnego. Wśród nich żyło zaledwie kilkanaście osób (chyba 5 rodzin) wyznania rzymsko-katolickiego oraz jedna żydowska rodzina. A więc była to parafia podobna do parafii Tonowo-Słobódka i podczas pobytu w obu tych parafiach nieznane mi były jakiekolwiek przejawy religijnej lub narodowościowej nietolerancji. Jednakże parafia Choroszewicze była inna, niezbyt łatwa, mianowicie:
- Ludność prawosławna była wybitnie „antyrządowa”, a to dlatego, że w niedalekim Podorosku przed paru laty zniam ojciec przybył – władze odebrały ludności prawosławnej cerkiew i oddały dla kleru rzymsko-katolickiego. Parafia Podorsk została „rozparcelowana”, a między innymi jej część włączono do parafii Choroszewicze;
- Poprzednik mego ojca, proboszcz Paweł Białoboki miał trudny charakter, apodyktyczny sposób bycia i nie umiał współżyć z ludźmi. Do tego był zachłanny na dobra doczesne. W skutkach parafia pod względem religijnym została zaniedbana. Taka sytuacja była wodą na młyn działającego tu podziemia Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi. W zasadzie wierni zaprzestali uczęszczania do cerkwi. No dodatek pewnej nocy w plebanii przetknięto kołkami klamki przez skoble drzwi wejściowych, plebanię podpalono, ojciec Paweł z rodziną ledwie uszli z życiem przez okno. Na dodatek w tej parafii przejawiali aktywność baptyści.
Taka była sytuacja w parafii. Do przybycia ojca przez kilka miesięcy nie była ona obsadzona , a pomimo to pierwszej niedzieli w odprawianej przez ojca mszy uczestniczyli: czworo naszej rodziny, czworo z rodziny psalmistego, zakrystian i dwie inne parafianki, razem z księdzem 11 osób. Tak się powtarzało kilka niedziel. Skoro ludzie nie garnęli się do cerkwi ojciec podjął heroiczny trud: każdej niedzieli i w święta sam z psalmistą jeździł do kolejnych wsi, zwracał się do sołtysa o zwoływanie ludzi i na miejscu odprawiał nabożeństwa, szczególną uwagę zwracając na kazania i głoszenie Słowa Bożego. Zapowiedział też, by powiadamiano go, ilekroć gdziekolwiek zjawią się baptyści i nie opuścił ani jednego spotkania baptystów z prawosławnymi. Do działalności misyjnej ojciec był dobrze przygotowany /miał tytuł misjonarza okręgowego/. Nic zatym dziwnego, że „nauki” baptystów w czasie dyskusji z ojcem, w konfrontacji z rzeczywistą treścią ewangelii wypadały wręcz kompromitująco. Po pewnym czasie baptyści zaczęli po prostu unikać tej parafii, a zresztą i ludzie odmawiali im przyjęcia.
Było to pierwsze zwycięstwo działania mego ojca. Jednak chociaż na „wiejskie nabożeństwa” parafianie chodzili, na raz w miesiącu odprawiane nabożeństwa w cerkwi nie uczęszczali. To też ojciec udał się do biskupa w Grodnie z prośbą o przeniesienie do innej parafii. Biskup uważnie ojca wysłuchał, zapytał co ojciec czyni, by istniejący stan rzeczy zmienić i po otrzymaniu relacji powiedział: „działalność waszą pochwalam i błogosławię. Popracujecie jeszcze na tej parafii, gdyż Wasz trud musi dać owoce”. I ojciec kontynuował swoją pracę. Ponadto podjął organizowanie pomocy biednym i chorym, szczególnie w okresie nasilonych robót polowych. Nierzadko ubogim, bez zamiaru odwzajemnienia, udzielał posług religijnych, czyniąc to właśnie szczególnie uroczyście.
Mniej więcej po 2-ch latach ludność już tłumnie uczęszczała do cerkwi. Prawdą jest, że na kazaniach ucząc Wiary Bożej ojciec nawiązywał do „bezbożnego bolszewizmu, dla którego wiara w Boga jest jak opium dla narodu” itp. Doszło do tego, że pewnego wieczora przybyli na plebanię kilku aktywistów KPZB, mile z ojcem porozmawiali i rzekli mniej więcej tak: „Ojcze Sergiuszu! Wy już swoją robotę na parafii zrobiliście, ludzie znowu tłumnie chodzą do cerkwi. Umówmy się: my w swojej propagandzie pomijamy sprawy religijne, a wy na kazaniach nie poruszacie spraw ustroju i ideologii komunistycznej”. Ojciec przystał na taki „układ”.
Prawie każda parafia ma swoje osobliwości religijne związane z przejawami tradycji religijnej. Parafia Choroszewicze też je miała, ot chociażby:
- na Jordana /3-ch Króli/ po mszy procesja z cerkwi ciągnęła na rzekę, gdzie już uprzednio w lodzie przygotowana była przerębla w kształcie krzyża. Tu był odprawiany obrządek poświęcenia wody. Tradycja taka występowała w niejednej parafii. Jednak w Choroszewiczach miała miejsce pewna osobliwość: otóż kulminacyjnym momentem obrządku poświęcenia wody jest trzykrotne śpiewanie troparionu ku czci Chrztu Chrystusa, który w swej treści zawiera in. słowa: „… i Duch w postaci gołębia zwiastował słowa umocnienia…” właśnie w momentach śpiewania tych słów wyznaczony młodzian wypuszczał z trzech koszyków za każdym razem po jednym gołębiu, obowiązkowo białym. Wyznaczenie do tej ceremonii przyjmowano przy tym jako wyróżnienie;
- na odpustach (w Choroszewiczach na Anny, w obrządku prawosławnym 25 lipca) miała miejsce taka ceremonia: jeśli ksiądz sąsiedniej parafii postanowił, że udaje się na odpust, wówczas często czynił to w formie pielgrzymki. A więc zbierał wiernych, niesiono chorągwie i krzyż, a ksiądz podążał za nimi w szatach liturgicznych. Zakrystian parafii, w której odbywał się odpust wchodził na wieżę, obserwował drogę i gdy zobaczył podążającą procesję z sąsiedniej parafii -dawał znak. Proboszcz i wierni również z procesją udawali się na spotkanie. Gdy odległość między procesjami dochodziła do kilku metrów, następowało zatrzymanie. Z obu stron niosący chorągwie i krzyże skłaniali je do poziomu, wierni z obu stron kłaniali się sobie w pas a następnie księża i pozostali wzajemnie pozdrawiali się z okazji święta, po czym połączone procesje udawały się do świątyni. Po zakończeniu uroczystości odpustowej ksiądz, który przybył z procesją po krótkiej herbacie na plebanii wracał z procesją do domu;
- kolędowanie nie jest rzeczą nową. W tej parafii na Boże Narodzenie kolędnicy z gwiazdą i śpiewami odwiedzali również Nigdzie natomiast, tylko w naszej parafii widziałem to, aby w święto Wielkiej Nocy grupa śpiewaków z akompaniamentem harmonii chodziła od dom do domu (do księdza też) i śpiewała pieśni wielkanocne.
Pamiętam, że na tym terenie ludzie byli bardzo biedni. Ubierali się w szaty sukienne (latem płócienne) własnego wyrobu. Na nogach tzw. „łapcie” czyli chodaki plecione z łyka lipowego. Osoby palące nie używały zapałek. Z drzewa brzozowego zdejmowali hubę, tj. taką narośl grzybową, po długotrwałym gotowaniu we wrzątku i wysuszeniu tłukli ją młotkiem niemal „na watę”. Szczypta takiej waty, podłożona na brzeg odłupanego krzemienia, po „ciachnięciu” krzesiwem o krzemień i wywołaniu w ten sposób snopu iskier zazwyczaj zaczynała się tlić, a rozdmuchana umożliwiała przypalenie skręta. Krzesiwo zaś miało kształt kastetu z ukośnymi nacięciami, lub poprostu stanowił je kawałek pilnika.
Jeśli chodzi o moje życie, to chodziłem do szkoły odległej o 1 km we wsi Zadworzany, tak zwanej czteroklasówki. Personel szkolny stanowiła małżeńska para nauczycielska o nazwisku Szaciłło. Zajęcia wyglądały w ten sposób, że odbywały się jednocześnie: klasa pierwsza z trzecią, a druga z czwartą. Nie wiem, czy było to dozwolone czy nie, ale w tej szkole stosowano kary cielesne: rózgi „w tylną część ciała” lub też „łapy”, to jest uderzanie linią po wewnętrznej stronie dłoni lewej ręki. Stosowano też „pozostawianie po lekcjach” na kilka godzin.
Otóż, gdy byłem w klasie III-ciej, to po feriach zimowych za wyjątkiem jednej uczennicy Pani pozostawiła całą klasę „po lekcjach” i to na 5 godzin za to, że nie umieliśmy kolęd. W czasie tych-że godzin uczono nas kolęd właściwych dla kościoła rzymsko-katolickiego. Gdy wróciłem do domu, matka zapytała za co siedziałem po lekcjach. Odpowiedziałem, że nie umiałem śpiewać, ale co – nie wiem, gdyż zapomniałem słowo „kolęda”. Matka kazała mi zaśpiewać to, co pani nauczyła a po usłyszeniu powiedziała, że tej lekcji nie potrzebuję się uczyć. Nazajutrz wdał się w sprawę ojciec i oświadczył nauczycielce, że nie ma nic przeciwko nauce śpiewu, lecz do nauki religii powołana jest inna osoba do tego wyznaczona.
Obok wsi, Zadworzany, w której znajdowała się szkoła, był majątek obszarnika nazwiskiem Szyrajew, obszar ponad tysiąc ha. W majątkowym pałacu od czasu do czasu gościła „elita” tj. przedstawiciele ministerstw, ambasad lub innych wysoko postawionych urzędów. Otóż wiosną, chyba 1932 roku wizytując powiat wołkowyjski nocował w tym pałacu ówczesny Wojewoda Białostocki – Zyndram Marian Kościałkowski[7]. Chodziło zaś o to, że następnego dnia udając się w dalszą drogę miał on przejeżdżać obok naszej szkoły, a dzieci z chorągiewkami miały go powitać. W odpowiednim miejscu na stronie 22[8] pisałem, że ludność na tym terenie była antyrządowa i rodzice kategorycznie oświadczyli, że swoich dzieci do powitania wojewody nie dopuszczą. Widząc taką sytuację nauczyciel Szaciłło zwrócił się do ojca z prośbą, aby użył wobec ludzi swój autorytet i pomógł w zorganizowaniu spotkania. Po namowach rodzice usłuchali ojca, spotkanie odbyło się. Dzieci ustawiły się w dwuszereg z chorągiewkami, na czele para nauczycielska i mój ojciec jako rektor (nauczyciel religii). Podjechał odkryty samochód, pamiętam, że koła były na szprychach – i zatrzymał się. Wojewoda zwrócił się do nas „dzień dobry dzieci!” My uprzednio nauczeni odpowiedzieliśmy chórem: „dzień dobry panie wojewodo”. Jedna dziewczynka wygłosiła nawet wierszyk. Wojewoda rzekł „dziękuję dzieci za powitanie”, a następnie słowa podziękowania skierował do nauczycieli. Zapytał przy tym, jak to się stało, że w innych szkołach obok których przejeżdżał – nie był witany, zaś w tej szkole został mile zaskoczony. Nauczyciel lojalnie poinformował, że „jest to zasługa obecnego tu księdza proboszcza.” Wojewoda podziękował ojcu, po czym zwrócił się do towarzyszącej mu osoby: „proszę zanotować personalia księdza.” Po pewnym czasie ojciec otrzymał od wojewody podziękowanie „za pracę społeczną” oraz 100 zł nagrody – wówczas równowartość więcej niż jednej krowy. Na skutek otrzymania tej nagrody ojciec odkładający pieniądze na rower miał przyspieszoną możliwość jego nabycia, wówczas za 380 zł, tj. równowartość mniej więcej 4-ch krów.
Muszę tu schylić czoła przed ciężką dolą ówczesnych dzieci wiejskich. Otóż większość z nich już wiosną, gdy zaczynała rosnąć trawa – przestawała chodzić do szkoły. Z woli rodziców pasali oni krowy swoje bądź byli oddawani „na wypas” do bogatszych gospodarzy za „metr” tj. 100 kg miesięcznie żyta i liche wyżywienie. Latem byli budzeni o świcie i wyganiali krowy na tak zwaną „ranicę”. Około godz. 8.00 bydło przyganiali do domu, jedli posiłek i udawali się w drzemkę. W południe zaś pajda chleba, butelka mleka do torby i wyganianie bydła na wypas aż do zmierzchu. Jesienią zaś wypas trwał nieprzerwanie od świtu do zmierzchu aż do Wszystkich Świętych. Trwało to nieprzerwanie w dni powszednie, niedziele i święta. Jedynym jaśniejszym momentem ich życia było w tym czasie święto Piotra i Pawła. W tym dniu, zgodnie z tradycją pastuszkowie wyplatali wianki z polnych kwiatów, nakładali krowom na rogi. Od gospodarza otrzymywali za to parę groszy bądź upominek, ponadto smaczniejszy posiłek. Tym samym po rozpoczęciu roku szkolnego dopiero po 1.XI frekwencja w szkole była już pełna.
Nawiązując do szkoły przypominam, że była to czteroklasówka. Rodzice zdawali sobie sprawę, że przyszłość ich dzieci to nauka. Trzeba było zatem myśleć o 7-klasówce, a w 1933-cim roku ukończyłem 4-tą klasę. Ponadto byli oni świadomi tego, że poziom nauki w warunkach 2 nauczycieli na 4 klasy nie mógł być wysoki. Z pomocą przyszła tu dziedziczka majątku, o którym wspominałem. W pałacu kilkunastopokojowym – parter i piętro – była służba: kuchmistrz i pomocnik, ochmistrzyni tj. gospodyni domu, 3 pokojówki, niania, bona tj. wychowawczyni dzieci oraz nauczycielka. „Jaśnie państwo” mieli troje dzieci, w tym dwoje w wieku szkolnym. Nie chodziły one jednak do szkoły, uczyły się w domu. Dopiero przy końcu roku szkolnego uczęszczały one przez kilka dni do szkoły, aby po przepytaniu otrzymać stopnie i świadectwo ukończenia danej klasy. Właśnie „pani dziedziczka” zażyczyła sobie, abym przez kilka godzin w tygodniu uczęszczał do pałacu. Tu pałacowa nauczycielka udzielała mi lekcji doskonaląc materiał przerabiany w szkole. Jak się okazało moja obecność w pałacu i pilne słuchanie nauczycielki miały służyć przykładem dla „rozkapryszonych paniczów”. Muszę przyznać, że nauczycielka z pałacu znała swój fach, umiała pobudzić zainteresowanie do każdego przedmiotu, nawet do kaligrafii, przedmiotu, który przydałby się również dzisiaj. Jej pomoc sprawiła, że w szkole byłem znacznie lepiej przygotowany od pozostałych uczniów, z nauką nie miałem problemów, a III i IV klasę ukończyłem z nagrodami.
Trzeba jednak było myśleć o dalszej nauce. Dlatego też ojciec zwrócił się do biskupa diecezjalnego o przeniesienie do takiej miejscowości /parafii/, w której znajdowała się siedmioklasówka.
Jednocześnie w czasie wakacji 1933-go roku ojciec zachorował. Po kilku dniach bólów żołądka matka zmusiła ojca udać się do lekarza w miasteczku Łysków – 7 km od Choroszewicz. Okazało się, że ojciec ma zapalenie wyrostka robaczkowego. Poziom medycyny był wówczas taki, że na operację trzeba było jechać aż do Wilna. Zanim ojca zawieziono furą do Wołkowyska, zanim dojechano do Wilna, wyrostek rozlał się, nastąpiło zapalenie otrzewnej. Tu przytaczam fakt odmowy przyjęcia ojca do szpitala sióstr zakonnych wyznania rzymsko-katolickiego; przyjęto zaś go do szpitala kolejowego na Wilczej Łapie. Wówczas zapalenie otrzewnej w zasadzie było równoznaczne z wyrokiem skazującym, jak określano – szansa przeżycia była jedna na sto. Dzięki jednak Opatrzności ta szansa przypadła właśnie ojcu. Tym niemniej leżał on w szpitalu prawie 2 m-ce, a matka cały czas była przy nim. Wobec takiego stanu rzeczy ja z bratem zostałem zabrany pod opiekę dziadków, to jest rodziców matki, którzy w tym czasie znajdowali się już w mieście Sokółka – powiatowym, leżącym w odległości 40 km od Białegostoku, a 43 km od Grodna. Tu dziadek był proboszczem oraz dziekanem prawosławnego okręgu sokólskiego. Miał na utrzymaniu dorosła córkę, Helenę, tj. moją ciocię – patrz strona 9 dół[9]. Miała ona ukończoną szkołę handlową, ale była bez pracy. Jej powiedziano wyraźnie, że jeśli wiary nie zmieni – pracy nie dostanie. W związku z tym zajmowała się pszczelarstwem.
W Sokółce z początkiem roku szkolnego 1933/34 zacząłem uczęszczać do V klasy. W międzyczasie ojciec wyzdrowiał, a z dniem 1.X.1933 r przeniesiony został do parafii Kuźnica Grodzieńska – obecnie Białostocka, 16 km od Sokółki, a 27 km od Grodna. Mnie natomiast pozostawiono u dziadków w Sokółce, abym ukończył V-tą klasę, uznając że zmiana szkoły w trakcie roku szkolnego nie jest wskazana.
en rok szkolny pozostawił w mej pamięci niemiłe wrażenia, wspominam go wręcz ze wstrętem. Tu bowiem w Sokółce po raz pierwszy usłyszałem nieznane mi dotychczas słowa
„pop, kacap, odszczepieniec”. Wyzwiskami tymi byłem w szkole witany i żegnany. Dziadek – ksiądz prawosławny często na ulicach był zaczepiany i wyzywany, nabożeństwo w cerkwi czasem było zakłócane przez rozfanatyzowane elementy. W Sokółce wystąpił nowy element mego życia religijnego: gdy miałem zaledwie kilka lat, matka stwierdziła że mam absolutny muzykalny słuch. Toteż tu, w Sokółce zostałem włączony do chóru cerkiewnego i z przerwą pobytu w Niemczech uczestniczę w nim do dziś dnia.
Wracając zaś do nauki w V-tej klasie, którą ukończyłem w 1934-tym roku, na skutek szykan o których przed chwilą była mowa, byłem w klasie odosobniony, miałem jedynego kolegę życzliwego; życzliwość ta być może wynikała stąd, że nazywał się on Tadeusz Unterschuetz (obecnie mieszka w NRD, żona rodowita Niemka). W m-cu czerwcu 1934 roku po zakończeniu roku szkolnego wybyłem do Kuźnicy i zamieszkałem z rodzicami.
Kuźnica Grodzieńska
W Kuźnicy uczęszczałem do 6-tej klasy. Muszę być obiektywny i oświadczyć, że w miejscowej siedmioklasówce, do której uczęszczało zaledwie kilkoro prawosławnych dzieci, miała miejsce całkowita tolerancyjność zarówno wobec prawosławnych, jak i dzieci wyznania mojżeszowego. Działo się tak dlatego, że kierownik szkoły, Pan Głazowski, dbał o taką atmosferę. Był on piłsudczykiem, legionistą I-szej Brygady i prawdopodobnie był nasiąknięty duchem „Dziadka”, skądinąd znanego ze swej tolerancyjności; tak przynajmniej odbierała to nasza mniejszość narodowa. W szkole owszem – zdarzało się, że w czasie kłótni padały słowa „pop gałgan” lub „kacap”, lecz wypadki takie były rzadkie. Pamiętam też, że wielkim, autentycznym przeżyciem była dla nas śmierć Marszałka J. Piłsudskiego 12.V.1936r. Na znak żałoby nie pamiętam ile dni, chyba do dnia pogrzebu wszyscy uczniowie i nauczyciele nosili na lewym ramieniu czarną opaskę.
- Piłsudski cieszył się autentycznym szacunkiem narodu. Był on popularny i nawet my – smarkacze wiedzieliśmy, że jego córki zwały się Basia i Jagódka. Jednak niektóre jednostki wręcz go nienawidziły. Oto przykłady: w Kuźnicy z pośród wielu innych znaliśmy dwie osoby „z nieco wyższych sfer”, oboje Polacy, w starszym wieku, wyznania rzymsko-katolickiego:
- pan Józef Żyliński, właściciel dużego młyna wodnego;
- pan Kliks, imienia nie pamiętam, właściciel folwarku. Otóż p. Kliks przy zawieraniu znajomości przedstawiał się: „jestem Kliks, potomek dworzanina”. Witając się – „równym sobie” podawał całą dłoń, a dla „pospolitych” trzy, lub dwa palce, trzymając jednocześnie małym palcem laskę (daję na to słowo honoru, mnie jako smarkaczowi podawał dwa palce).
Mojego ojca czasem oni odwiedzali. Zdarzyło się, że wkrótce po śmierci J. Piłsudskiego oboje naraz u nas się spotkali. Ponieważ temat był aktualny, na nieboszczyku nie pozostawili oni suchej nitki. A gdy ojciec rzekł: „panowie, Piłsudski przeżył 68 lat, uszanujmy jego wiek” – Żyliński odparł: „proszę księdza sześćdziesiąt siedem, sześćdziesiąt siedem; chociaż o jeden rok honoru mniej”. Widocznie coś tam marszałkowi zabrakło do pełnych 68-miu lat.
Szóstą klasę w Kuźnicy ukończyłem pomyślnie w 1935-tym roku. W tym czasie został też wprowadzony system w myśl którego uczniowie zamierzający uczyć się w szkole średniej nie potrzebowali kończyć VII klasy, lecz mogli zdawać egzamin do gimnazjum po ukończeniu klasy VI-tej. Pełnej szkoły średniej nie było w Sokółce, była natomiast w Grodnie.
IV. Młodość.
Kuźnica Grodzieńska – ciąg dalszy
Dokumentację o dopuszczenie mnie do egzaminu wstępnego, z woli rodziców złożono do szkoły średniej o brzmieniu: „Państwowe Gimnazjum (i Liceum) im. Adama Mickiewicza Nr 912 w Grodnie”. Było to gimnazjum męskie. Zdających było ponad 200, ustalony zaś nabór 80 uczniów, tj. po 40 na jedną klasę. Egzamin złożyłem jako 27-my, a profesorowi na egzaminie ustnym z języka polskiego szczególnie podobała się moja odpowiedź na pytanie „opisz okolicę, w której mieszkasz”. Z faktu złożenia egzaminu wstępnego wypływa taki wniosek, że można od urodzenia rozmawiać w rodzinie po rosyjsku, a pomimo to być nie najgorszym uczniem w szkole polskiej. Nadmieniam tu, że od III-ciej klasy szkoły powszechnej moja matka posiadająca pedagogiczne zdolności uczyła mnie w domu czytać i pisać po rosyjsku. W dalszych latach Kuźnicka szkoła w tym gimnazjum znana była z tego, że uczniowie tej szkoły pomimo ostrej konkurencji zdawali egzamin wstępny do tego gimnazjum.
Fakt wstąpienia do szkoły średniej i wynikające stąd zwiększone obowiązki traktuję umownie jako okres, w którym skończyło się moje dzieciństwo, a rozpoczęły się lata młodości.
Tu nawiąże do świeżego jeszcze zdarzenia z wiosny 1935-go roku: w Grodnie, bezpośrednio po świętach Wielkiej Nocy była zabawa, w której uczestniczył również przebywający na urlopie żołnierz – marynarz. Spodobała mu się żydóweczka, z którą zdaniem jej narzeczonego zbyt często tańczył. Doszło do bójki w trakcie której żyd nożem czy bagnetem zabił marynarza. Po kilku dniach był w Grodnie pogrzeb, w którym tłumnie uczestniczyli ludzie, w tym delegacja 4-ch marynarzy. Po ceremonii pogrzebowej owi marynarze rzuci hasło „nie darować, bij żyda”, czy też coś w tym rodzaju i zaczęło się to, co się zwało pogromem żydów. Rozbijano ich sklepy, rozwalano towary, w domach łamano drzwi, tłuczono szyby. Kilkunastu żydów zabito bądź z najwyższego mostu w ówczesnej Polsce zrzucano do Niemna. Pogrom miał szeroki zasięg, policja nie była w stanie opanować sytuacji. Dopiero po 3-ch dniach zmobilizowane jednostki żandarmerii Garnizonu Grodzieńskiego zaprowadziły porządek. Podczas egzaminu do gimnazjum w Grodnie byłem kilka dni i ślady pogromu jak wybite okna, wyłamane drzwi jeszcze widziałem. Powiadano, że przez pewien czas żydzi celowo nie wstawiali szyb i nie reperowali drzwi, demonstrując w ten sposób swoją krzywdę. Natomiast gdy w nowym 1935/36-tym roku szkolnym rozpocząłem naukę, dojeżdżając codziennie koleją z Kuźnicy do Grodna, śladów pogromu już nie było[10].
Gdy w m-cu czerwcu 1935r. zdawałem do gimnazjum egzamin, dyrektorem był niejaki Adler, który w czasie wakacji popełnił samobójstwo. Zgodnie z pogłoską przegrał on w karty większą kwotę gimnazjalnych funduszy. Sprawa była w Grodnie głośna.
Dygresja: roczne czesne za naukę wynosiło 200 zł. Uczniowie nie mający ocen niedostatecznych, których rodziców stan majątkowy był słaby korzystali ze zniżki 25 lub 50%. Z uwagi na małą parafię ojca – 1200 dusz – ja zawsze miałem zniżkę 50%.
Gdy rozpoczynałem nowy rok szkolny dyrektorem Gimnazjum był niezapomniany Ksiądz doktor (filozofii) Wiktor Potrzebski[11] – Boże świeć nad jego duszą. Z jego przemówienia inauguracyjnego utkwiły mi szczególnie w pamięci dwa fragmenty:
- Stojąc w auli na scenie rozwinął stary sztandar szkolny i rzekł: „Chłopaczki! /jego ulubiony zwrot/. Oto macie przed sobą sztandar, na którym widzicie ciemne plamy. Te plamy – to krew waszych kolegów, którzy w 1918 roku polegli w obronie Ojczyzny. Stać nas na nowy, ale naszym godłem gimnazjalnym niechaj pozostanie ten”.
Informacja: w roku 1938 ze składek rodziców został jednak ufundowany nowy sztandar, który był noszony w czasie uroczystości. Stary natomiast sztandar umieszczono z należną czcią w kaplicy gimnazjalnej
- drugi fragment: „Chłopaczki! Jest was kilkaset, a wśród was są prawosławni i luteranie, i żydzi. Niechaj oni będą wam braćmi; wszak wszyscy jesteśmy dziećmi Jednego Pana Boga i synami tej samej Ojczyzny”.
Oba te fragmenty przemówienia przytoczyłem na pewno nie dosłownie, lecz za istotę ich treści ręczę.
Czteroletnią naukę w tym gimnazjum wspominam jako najlepsze lata mojej młodości. Jedna tylko plama zaćmiła mi te wspomnienia, mianowicie odmowa przyjęcia do harcerstwa. Powodu mi nie podano, uczniem byłem niezłym, do sprawowania nikt zastrzeżeń nie miał; powodu nieprzyjęcia można się tylko domyśleć.
Każdego dnia lekcje zaczynały się od tego, że o godz. 7.45 uczniowie rzymsko-katoliccy zbierali się w kaplicy na modlitwę poranną. Natomiast prawosławni, protestanci i żydzi zbierali się w wyznaczonych klasach, a modlitwę prowadził wyznaczony uczeń najstarszej klasy lub liceum. My – prawosławni – czytaliśmy modlitwy w języku cerkiewno-słowiańskim i do końca nauki nikt nie zmuszał nas do zmiany tego stanu rzeczy. Na zakończenie nauki w danym dniu, po ostatniej lekcji modlitwa czytana była w klasie.
Opiszę niektóre momenty związane z życiem gimnazjalnym godne moim zdaniem podkreślenia:
- Każdy uczeń winien był nosić granatowy mundur pod krawat wyłożeniem koszulki na kołnierz – jak Słowacki. Z boku spodni i naokoło mankietu rękawa wszyte błękitne lampasiki, klasy zaś licealne-amarantowe. Czapka – „maciejówka” z obszywką błękitną lub aramantową; nad daszkiem – znaczek metalowy biały w kształcie otwartej księgi, na jej tle kaganiec ze zniczem.
- Od drugiej klasy gimnazjalnej wchodził dodatkowy przedmiot P.W. (przysposobienie wojskowe), 4 godziny tygodniowo, prowadzone przez oficera Grodzieńskiego Garnizonu Wojskowego przy pomocy podoficerów. Mieliśmy dwa mundury, tj. ćwiczebny i wyjściowy koloru „wojskowego” – zielonego. Lampasy po bokach spodni, mankiety w rękawach, patki w kołnierzu i naramienniki – granatowe. Guziki wojskowe z orłem. Na naramiennikach – stylizowane SB, co oznaczało skrót od Stefana Batorego, a jednostka gimnazjalna zwana była „Batalion im. Stefana Batorego Garnizonu Wojskowego w Grodnie”. Obowiązywał też pas wojskowy. Dwa razy w roku, tj. wiosną i jesienią mieliśmy kilkudniowe ćwiczenia polowe, tzw. manewry. Zamiast munduru gimnazjalnego mogliśmy nosić mundurek wojskowy; w tym przypadku obowiązywało nas oddawanie honorów oficerom, od podporucznika wzwyż. Czapka gimnazjalna (punkt 1 wyżej) była elementem umundurowania wojskowego.
- W dniach 3-go Maja i 11-go Listopada w Grodnie braliśmy udział w defiladzie wojskowej (mundur wyjściowy). Udział w defiladzie poczytywaliśmy za autentyczny zaszczyt; pozbawienie prawa udziału w defiladzie było jedną z rzadko stosowanych form kar za niewłaściwe sprawowanie.
- Każdego roku w rocznicę Powstania Styczniowego wszyscy uczniowie i profesorowie – ze sztandarem maszerowali pod pewien nieduży domek stanowiący własność niedaleko mieszkającego uczestnika Powstania Styczniowego. Przed domkiem kilkuset uczniów w postawie „na baczność” odśpiewywało „Rotę” po czym Ksiądz Dyrektor i 3-ch uczniów wchodziło na werandę tego domku. Na werandę w międzyczasie wychodził siwowłosy, z „patriarchalną brodą” starzec w mundurze, z czapką rogatywką i przyjmował życzenia, a następnie gestem ręki pozdrawiam nas wszystkich. Zmarł on w 1940 lub 1941 roku.
- W związku z zamiarem usypania pod Krakowem kopca na cześć J. Piłsudskiego, jeden raz jesienią 1936-go roku defiladą maszerowaliśmy w Grodnie na cmentarz, gdzie odbyła się ceremonia pobrania przez 2-ch oficerów ziemi na kopiec. Podobna zresztą ceremonia odbyła się w Kuźnicy.
W nawiązaniu zaś do sylwetki J. Piłsudskiego przekazuję następującą relację mego kuma, który na przełomie lat trzydziestych był w Grodnie, służył w wojsku:
Niedaleko Grodna, właściwie tuż za nim znajdował się majątek ziemski Stanisławowo. Ziemia dziedzica leżała po obu stronach szosy, którą od czasu do czasu Marszałek jeździł do swego majątku na wileńszczyznę. Ówczesna arystokracja miewała jeszcze swoje wybryki, a panu dziedzicowi majątku Stanisławowo strzeliło do głowy, aby niedaleko swego pałacu postawić w poprzek szosy zaporę, to znaczy odgrodzić „swoje grunta”. Na tę rogatkę podczas jednej ze swych podróży natknął się „Dziadek” i pracujących obok w polu ludzi zapytał, kto to postawił. Po otrzymaniu odpowiedzi rzekł kierowcy: „jedź do garnizonu i powiedz, że Marszałek rozkazuje przysłać tu pluton wojska”. Przybyłym żołnierzom Marszałek kazał rozwalić zaporę. Następnie sam stając na czele poprowadził żołnierzy pod pałac, kazał przywołać dziedzica i rzekł mu: „słuchaj ty sk..wielu, dziś rozwaliłem ci zaporę a jeśli jeszcze raz ją postawisz, to następnym razem w pół godziny całym garnizonem rozp…lę ci pałac”. Być może przekazana mi relacja jest przejaskrawiona, ale majątek Stanisławowo to rzecz autentyczna, delikatnie zaś mówiąc „uproszczony język dyplomatyczny” Marszałka to też rzecz powszechnie znana. W związku z tym wymieniony eksces jest prawdopodobny. Jak to się mówi – „za co kupiłem, za to sprzedaję”; dla urozmaicenia wspomnień można było i to opowiedzieć.
- Godne naśladowania na dzień dzisiejszy były lekcje wychowawcze. Były nimi zawsze pierwsze lekcje poniedziałkowe. Na takich lekcjach między innymi uczono nas tego, że:
- jeśli spotkasz znajomego, elegancko ukłoń się;
- jeśli zobaczysz starca lub staruszkę dźwigających jakiś ciężar a jest ci po drodze – pomóż nieść;
- jeśli jedziesz pociągiem, a siedzących miejsc brak – ustąp miejsca starszym lub płci pięknej;
- jeśli idziesz chodnikiem, drogą, a zobaczysz ślimaka, ropuchę, żabę – przerzuć przez płot lub na bok, bo te stworzenia też chcą żyć; jeśli spotkasz bezdomne zwierzę, np psa nie dokuczaj mu, daj mu kawałek chleba, jeśli masz przy sobie;
- dbaj o honor munduru, bądź wstrzemięźliwy w wyrażaniu się;
- stawaj w obronie słabszych, bądź rycerski, szanuj starszych wiekiem;
- unikaj pustosłowia, twoje słowo honoru – to słowo Zawiszy;
- „salus rei publicae suprema lex esto” (chwała Rzeczypospolitej twoim najwyższym prawem) i związane z tym postępowanie powtarzane i wpajane było wielokrotnie.
Słowem nas nie tylko uczono, lecz wychowywano na ludzi i patriotów, niejednokrotnie nawiązując do sztandaru szkolnego i napisu na nim: „Honor i Ojczyzna”.
- W klasach czwartej gimnazjalnej i drugiej licealnej, na 100 dni przed zakończeniem roku szkolnego miało miejsce wzajemne rozcinanie scyzorykiem, lub żyletką, wierzchów czapek. Miejsce rozcięcia mamusie lub siostry zahaftowywały kolorowymi nićmi, tworząc wizerunek kwiatu, ptaka itp. Na taką tradycję nauczycielstwo patrzyło z przymrużeniem oka, nie podejmując działań do jej łamania. Inna rzecz, że gdy jeden z uczni wyhaftował na czapce cztery asy, kazano je spruć.
Nawiasem mówiąc nie obchodzono wówczas studniówek tak szumnie jak dziś. Nie było balów z zastawionymi stołami „z tym i owym pod stołami”. Nie miało też miejsca na zakończenie roku kupowanie nauczycielom nie tylko prezentów, lecz nawet tak ja dziś – całych naręczy kwiatów. W tym dniu odbywała się natomiast akademia, to jest:
- orkiestra gimnazjalna grała hymn narodowy (dęta);
- przemówienie dyrektora z życzeniami szczęśliwej przyszłości maturzystom, a wesołych wakacji pozostałym[12];
- na zakończenie orkiestra odgrywała poloneza Ogińskiego.
Po akademii rozchodzono się do swoich klas, gdzie wychowawca rozdawał świadectwa i ewentualnie nagrody książkowe.
- W okresie egzaminów maturalnych, gdy z reguły program roczny był już wyczerpany, w pozostałych klasach ilość godzin była zmniejszona. Czas ten spędzano w różny sposób:
- mieliśmy lekcje t.zw. relaksowe, np. opowiadania historyczne. Celował w tym Prof. Dańko, który barwnie opowiadał o bitwach lub turniejach rycerskich. Sam opis pojedynku Zawiszy Czarnego i Jana z Aragonii zajmował mu godzinę lekcyjną;
- urządzano nam wycieczki przyrodoznawcze poza miasto. Prof. Jan Kochanowski, nauczyciel biologii w sposób niezwykle sugestywny wpajał nam miłość do świata roślinnego i zwierzęcego. To dzięki niemu nie złapałem drygu ani do wędkowania, ani do myślistwa. Darzę szczerym szacunkiem Państwo Hannę i Antoniego Gucwińskich z DTV Wrocław, autorów sobotnich audycji „ Z kamerą wśród zwierząt”.
W Grodnie za opłatą roczną w kwocie 1 zł /pół kg cukru/ mieliśmy na cały rok szkolny kartę wstępu do ogrodu zoologicznego, botanicznego i muzeum przyrodniczego.
- jeśli mam być szczery, to bywało że i wagarowaliśmy. Wszak nadniemeńskie okolice są tak malownicze. Sam też kilka razy byłem „nad Niemnem”.
- Należy też opisać nasze życie religijne, a więc:
- nauka religii odbywała się 2 razy w tygodniu po jednej godzinie. Uczniowie innych wyznań mieli 2 godziny lekcji religii jednego dnia w tygodniu po południu. Rektor religii prawosławnej mnie jako dojeżdżającego i synowi księdza uczynił ten wyjątek, że ja religii uczyłem się w domu, ale na jedne zajęcia pod koniec okresu zostawałem celem przepytania na ocenę okresową;
- w niedziele i święta chrześcijańskie uczniowie wyznania rzymsko-katolickiego uczęszczali na mszę do kaplicy gimnazjalnej, pozostali do swoich świątyń (w Grodnie była synagoda, kircha i 4 cerkwie, w tym jedna w klasztorze żeńskim). Ja na niedziele pozostawałem w Kuźnicy; uczniowie innych wyznań w wielkie doroczne święta (Trzech Króli, Wielkanoc, Boże Narodzenie) otrzymywali wolne;
- w okresie Wielkiego Postu uczniowie wyznania rzymsko-katolickiego i prawosławnego przed spowiedzią wielkanocną odbywali t.zw. „rekolekcje”, które trwały środę, czwartek i piątek przedostatniego tygodnia, odpowiednio dla danego wyzwania.
My, prawosławni, rekolekcje mieliśmy w kaplicy znajdującej się w rezydencji Biskupa Grodzieńskiego i Nowogródzkiego. W środę i czwartek rano wysłuchiwaliśmy mszę, wieczorem zaś nieszpory. We czwartek też po nieszporach przystępowaliśmy do spowiedzi. W piątek zaś mszę odprawiał sam Biskup, który osobiście udzielał nam komunii; wygłaszał okolicznościowe kazanie, winszował z przyjęciem Przenajświętszego Sakramentu; życzył powodzenia w nauce i szczęśliwego doczekania Wielkiej Nocy, na zakończenie każdego z osobna błogosławił z wręczeniem Obrazka Świętego.
Przypomniałem, że w połowie postu wielkiego na tak zwane „półpoście” waliliśmy się wzajemnie w grzbiet;
- tradycją było w naszym gimnazjum, że dnia 23 grudnia wszyscy w gimnazjum żeśmy się spotykali /profesorowie i uczniowie/ i przy filiżance kompociku łamaliśmy się opłatkiem. Chociaż jest to tradycja Kościoła Rz-Katolickiego, miałem od rodziców nakazane, aby w spotkaniu tym uczestniczyć.
- Akurat w 1939-tym roku ukończyłem 4-tą klasę gimnazjalną, otrzymałem tzw. „małą maturę”, po której czekał egzamin do 2-letniego liceum. Dopiero po jego ukończeniu otrzymywało się maturę. Istniało jednak postanowienie, zgodnie z którym uczeń 4-tej klasy gimnazjalnej, jeśli w tej klasie nie miał ani jednej niedostatecznej oceny okresowej, to przy bardzo dobrym sprawowaniu, do liceum przy tym samym gimnazjum przyjmowany był bez egzaminu. Ja byłem w klasie 4-tej „B”, a z całej klasy takich uczni było tylko czterech, wśród nich również ja. Przy naszym gimnazjum były dwa wydziały liceum: humanistyczny oraz matematyczno-fizyczny. Ja wstąpiłem, oczywiście bez egzaminu, na wydział matematyczno-fizyczny.
Refleksja: dla nas odrabianie lekcji zajmowało dużo czasu. Gdy z Grodna do Kuźnicy wracałem o godz.14 min 30, to było dobrze jeśli lekcje odrobiłem do godz. 20.00, nierzadko zaś to trwało do godz.22 i dłużej.
Pomimo to nie było wśród nas takich, którzy mieli piątki „od góry do dołu”. Mający uzdolnienia humanistyczne słabsi byli w naukach ścisłych lub odwrotnie. Dzisiaj obserwuję, że młodzież szkół średnich ma dużo czasu, na ulicy widzi się ją rano i wieczorem. Nierzadko zaś słyszę o prymusach z piątkami „od góry do dołu”. Czy to aby nie tacy „piątkowicze” doprowadzają nasz kraj do ruiny. Na Boga! Może się zdarzyć jeden geniusz na ileś tam tysięcy, ale w żadnym przypadku po kilku w każdej szkole.
- Z pośród znanych w Polsce ludzi, którzy uczyli się w naszym gimnazjum, i to ze mną w jednej klasie, wymienię Czesława Wołłejko[13], znanego aktora. Nie utrzymywałem z nim kontaktów. Swego czasu w tygodniku „Nowa Wieś” przeczytałem życiorys Wołłejki zamieszczony z okazji udanej jego roli filmowej Fryderyka Chopina. Ponadto w 1988 ogłaszając w TV jego zgon zapodano, że zmarł w wieku 71 lat. Zarówno w życiorysie, jak i wiadomości TV zawarte były delikatnie mówiąc dwie nieścisłości:
- w życiorysie napisano, że ojciec jego był w Grodnie dyrektorem teatru; faktycznie jego ojciec był kolejarzem. Nie rozumiem jednak, dlaczego p. Wołłejko wstydził się tak szlachetnego zawodu swojego ojca;
- skoro p. Wołłejko zmarł w wieku 71 lat, oznacza to, że był starszy ode mnie o 5 lat. Nie przeczę, że akt urodzenia mógł opiewać na taki wiek, ale wiemy, że szczególnie gdy po wojnie odtwarzano akty urodzenia sądownie, to z tymi wiekami było różnie.
—————-
————
——–
—-
W taki sposób w swych wspomnieniach doszedłem do ukończenia gimnazjum; niebawem miała wybuchnąć wojna. Lecz muszę nieco wrócić wstecz i nawiązać do życia w Kuźnicy moich rodziców, przede wszystkim ojca. Z moich wspomnień wynika, że ani w klasie VI-tej w Kuźnicy, ani w gimnazjum nie odczuwałem antagonizmu narodowościowo-religijnego i to potwierdzam. Zawdzięczać to należy kierownictwu tych szkół. Jeśli jednak chodzi o tolerancję, to w szerszym zakresie sytuacja w Polsce nie była sielankowa.
Muszę w tym miejscu zwrócić się do czytającego niniejsze wspomnienia z prośbą, że jeśli tym wspomnieniom dał wiarę w części dotyczącej tolerancyjności w szkole w Kuźnicy i w gimnazjum w Grodnie, to musi również dać wiarę dalszej części wspomnień, które niestety będą traktowały o czymś wręcz przeciwnym.
Przede wszystkim w Kuźnicy niektórzy członkowie kleru rzymsko katolickiego na kazaniach i nie tylko, z zacietrzewieniem występowali przeciwko prawosławiu, a więc:
- nazywali nas kacapami, odszczepieńcami lub wręcz heretykami;
- pouczali wiernych, że my prawosławni nie uznajemy Matki Boskiej i powiadali swym parafianom: „nie zachodźcie do ich cerkwi, jeśli chcecie być zbawieni”;
mówili też wiernym, że:
- „jeśli do twego domu wstąpi kacap, to po jego wyjściu wypal to miejsce, na którym on siedział”;
- „przed ich połamanym krzyżem nie zdejmuj czapki”;
- nawoływali też swych parafian, aby kacapów „nawracano”, obiecując w zamian za jednego nawróconego ileś tam setek dni odpustu.
To są przykłady nie wyczerpujące zagadnienia istniejącej wówczas rozhisteryzowanej nietolerancji, a stosowane wyżej niewybredne formy były przydatne dla audytorium o prymitywnym poziomie rozumowania, gdy większość ludzi była analfabetami. Dzisiaj takie formy nie wytrzymały by krytyki.
Jednak w Kuźnicy był świetlanej pamięci Ksiądz Doktór Stanisław Szyroki, który z moim ojcem pozostawał w przyjacielskich stosunkach, pomimo różnicy wieku około 25 lat. Ich znajomość została zawarta przypadkowo w pociągu, gdy znaleźli się w tym samym przedziale i wspólnie sobie przedstawili się. Rozmowa zaczęła się od wspólnych zainteresowań jakim jest pszczelarstwo. W tej dziedzinie ojciec będąc pszczelarzem od dziada był bardziej biegły, to też dla Księdza Stanisława udzielał rad i bezpośredniej pomocy. Oczywiście, przy okazji wzajemnych odwiedzin dyskutowali na różne tematy, w tym dotyczących zagadnień wiary, te dyskusje zaś przebiegały w atmosferze życzliwości i wzajemnego szacunku.
Do Księdza Stanisława – jak sam to relacjonował – inni księża mieli pretensje o to, iż przyjaźni się z „popem”, lecz na takie zarzuty otrzymywali odpowiedź, iż „lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć”.
Było w okresie międzywojennym godnym ubolewania to, że władze w sposób brutalny wiele czyniły, aby zrazić przeciwko sobie ludność prawosławną. Do roku 1935 różnie układały się stosunki na płaszczyźnie Rząd – Metropolia Prawosławna, lecz my – szeregowi wierni niczego szczególnego nie odczuwaliśmy bezpośrednio. Mniej więcej jednak od tego roku zaczęła zarysowywać się nagonka. Początkiem było zarządzenie polecające wykładanie religii prawosławnej w języku polskim. Że dotychczas wykłady po rosyjsku[14] miały miejsce – jakoś przez kilkanaście lat nikomu nie przeszkadzało, tym niemniej ojciec stanął na stanowisku, że skoro szkoły są polskie i znajdują się na terenie Rzeczypospolitej Polskiej, to wymóg nauczania religii w języku polskim jest zasadny. Jednocześnie jednak ojciec był zdania, że ten wymóg nie może dotyczyć modlitw. Jest to bowiem wewnętrzna sprawa danego wyznania, w którą poza hierarchią cerkiewną nikt inny nie może ingerować. Ponadto ojciec całkowicie zdawał sobie sprawę, że to zarządzenie w żadnym wypadku nie dotyczy obcowania księdza poza lekcjami z dziećmi; w jakim języku ma to się odbywać – jest osobistą sprawą wynikającą ze stosunków międzyludzkich.
Trzeba zaznaczyć, że kierownikom szkół zalecono sprawowanie nadzoru, czy zarządzenie wykładania religii w języku polskim jest przez księży respektowane. Ojciec miał nauczanie religii w 5-ciu szkołach. W trzech z nich t.j. Starowlany, Saczkowce, Niemiejsze[15] kierownicy szkół wykazywali dużo taktu, swoje uprawnienia nadzoru realizowali sporadycznie i delikatnie. W dwóch jednak szkołach, a mianowicie pani „Z” we wsi Długosielce oraz pani „K” we wsi Łosośna kontrolę taką sprawowały w sposób wręcz apodyktyczny. Były obecne na każdej lekcji religii, a przy tym ordynarnie wtrącały się w treść wykładu lub odpowiedzi dzieci, krępując je tym samym. A oto inne przykłady gorliwości tych pań:
- w Długosielcach pani „Z” za rozmowę dzieci na przerwie z księdzem po rosyjsku, jakoby „za karę” odsyłała dzieci do domu, zrywając dalsze lekcje religii;
- w Łosośnie pani „K” za używanie „kacapskiego języka” kazała dzieciom płacić po 1 zł kary. Nie wiadomo, na jaki cel szły te złotówki, ale fakt jest autentyczny, gdyż jedną z takich ukaranych była uczennica Anna Niedzielin, w przyszłości moja żona.
Jednym z wyrazów wtrącania się władzy w sprawy wiary była następująca okoliczność: w dniach 3-go Maja i 11-go Listopada odprawiano w cerkwi nabożeństwa na intencję Rzeczypospolitej, co jest rzeczą zrozumiałą i nikt przeciwko temu nie oponował. Chyba jednak już w 1935, a na pewno w 1936-tym roku władze nakazały, aby na zakończenie nabożeństwa w tych dniach odśpiewywano „Boże coś Polskę”! Ostatecznie i to przyjęto do stosowania, ale ponieważ tej pieśni nie znaliśmy, pani „Z” z Długosielc skwapliwie podjęła się nauczenia dzieci tej pieśni, przybycia z nimi do cerkwi /6 km/ i zaśpiewania w czasie nabożeństwa. Ojciec i matka mieli doskonały słuch i opowiedzieli, że to co zaprezentowano pod batutą pani „Z” mogło być wszystkim, ale w żadnym przypadku pieśnią „Boże coś Polskę”, jak się później okazało – bardzo melodyjną, dającą się łatwo ułożyć na głosy. Ojciec zmuszony był pani „Z” oświadczyć, że jeżeli ktoś zamierza uczyć śpiewu, ten musi sam mieć słuch. Ojciec z matką te same dzieci sami nauczyli tej pieśni na dwa głosy i śpiew ich okazał się zupełnie inny.
Wracając do roli pani „Z” z Długosielc – swemu chorobliwemu wręcz fanatyzmowi dała upust w tym, że w 1936-tym roku wobec inspektora szkolnego nazwiskiem Wycke[16] oskarżyła ojca o nielojalność wobec Państwa, a ten powiadomił o tym Starostwo Powiatowe. Istniał zaś wówczas pewien okólnik Ministerstwa Wyznań i Oświecenia Publicznego, jego najgroźniejszym postanowieniem był powszechnie duchowieństwu prawosławnemu znany punkt 3-ci, treść którego najogólniej mówiąc polegała na tym, że ksiądz prawosławny w stosunku do którego zachodzą wątpliwości co do jego lojalności, może być pozbawiony prawa zajmowania stanowiska duchownego, to znaczy wojewoda odmówi zgody do zatwierdzenia go na jakiejkolwiek parafii. Takie sformułowanie umożliwiało władzom pozbawienie księdza prawosławnego funkcji „z byle powodu lub bez powodu”. W taki sposób w Dekanacie Sokólskim został wraz z rodziną pozostawiony bez środków do życia Ks. Mgr Jan Orłow z parafii Jaczno.
W związku z doniesieniem pani „Z”, latem 1936-go roku Ojciec został wezwany do starosty. Pamiętam, że nazwisko jego było Żak. Po zgłoszeniu się w wyznaczonym dniu do kancelarii ojcu kazano czekać, a przed godziną 15.00 powiedziano mu, że „dzisiaj pan starosta będzie zajęty i nie może księdza przyjąć, proszę stawić się jutro”. Nazajutrz ojciec zgłosił się i ponownie kazano mu czekać, a przed godziną 15.00 powiedziano: „pan starosta nie będzie mógł księdza przyjąć, gdyż jest wezwany do wojewody; proszę przybyć jutro”. Wykazując maksimum cierpliwości ojciec przybywa na 3-ci dzień i po dłuższym oczekiwaniu referent administracyjny oświadczył: „pan starosta księdza nie przyjmie gdyż nie życzy sobie z nim rozmawiać”. Na taki „komunikat” ojciec poprosił rzeczonego referenta odejść od drzwi i wszedł do gabinetu starosty nieproszony. Przy bezpośrednim spotkaniu starosta usiłował być uprzejmy i nawet wyciągnął dłoń na przywitanie, lecz ojciec zamiaru przywitania nie odwzajemnił. Nie widząc przy tym gestu zaproszenia do zajęcia miejsca na krześle sam je wziął z przeciwległej ściany, usiadł naprzeciwko starosty i między nimi miał miejsce w przybliżeniu następujący dialog:
Ojciec: „panie starosto! Dlaczego pan poniża autorytet księdza, wzywa go do siebie, a następnie odmawia audiencji ?”
Starosta: „ksiądz w Długosielcach prowadzi antypaństwową działalność, na skutek czego utracił swą opinię i księdzu grozi zwolnienie według 3-go punktu. Wobec tego nie mamy o czym rozmawiać.”
Ojciec: (zdenerowany) „gdy byłem w powiecie wołkowyjskim, cieszyłem się nienaganną opinią, a za pracę społeczną od wojewody, a obecnego Premiera Kościałkowskiego miałem podziękowanie i nagrodę. Natomiast w tym plugawym powiecie sokólskim, o którym nie wiedziałem, że takowy istnieje na terenie Rzeczypospolitej okazuje się, że opinia księdza zależy od niedoszłej nauczycielki. Skoro tak, to ja pluję na taką opinię i oświadczam, że bezpośrednio stąd udaję się do Pana Premiera, przypomnę mu się i opowiem jak tu zostałem potraktowany. A ręczę, że znajdę dojście do Premiera, nawet jeśli to ma nastąpić tak, jak do pana starosty.”
Starosta: na takie postępowanie ojca zmienił ton i rzekł: „proszę księdza, niepotrzebnie się ksiądz unosi. Być może sprawa nie jest groźna. W najbliższych godzinach wszystko się wyjaśni. Niech ksiądz spokojnie jedzie do domu.”
Ojciec: „przyjmuję do wiadomości słowa pana starosty, lecz oświadczam, że w szkołach swojej parafii nie będę uczył religii, dopóki na moim terenie będzie znajdowała się pani „Z”. Jeśli bowiem nadal ona będzie tu przebywała, to zrzekam się odpowiedzialności za spokój w parafii.”
Starosta oświadczył, że stanowisko takie będzie rozważone. Nazajutrz do ks. Dziekana Jerzego Mackiewicza, teścia mojego ojca /przypomnienie autora/ starosta delegował referenta administracyjnego, który rzekł: „pan starosta prosi powiadomić proboszcza z Kuźnicy, że jego sprawa poszła w zapomnienie, a nauczycielka z Długosielc od nowego roku będzie przeniesiona.”
Widocznie informacja o podziękowaniu wojewody, ówczesnym już Premierze, o czym piszę na 28-mej stronie[17] – wywarła pewne wrażenie na panu staroście i wpłynęła na zmianę jego stanowiska w myśl zasady: „na wszelki wypadek lepiej nie zadzierać.” Ponadto wymienione zajście spowodowało , że w parafii ojca na płaszczyźnie proboszcz-kierownictwo szkół stosunki były poprawne.
Tym niemniej w kraju prawosławni, szczególnie duchowieństwo przeżywali gehennę. Stawiano żądania księżom, aby nawet w konfesjonałach z parafianami rozmawiano po polsku. Domagano się odprawiania w języku polskim nabożeństw. Były nawet tłumaczenia, ponieważ w języku polskim wprowadzono odprawianie nabożeństw w cerkwiach garnizonowych. Sam raz słyszałem na „własne uszy” takie nabożeństwo w cerkwi garnizonowej w Grodnie, o której jeszcze niebawem wspomnę.
Kulminacyjnym zaś okresem tej gehenny był przełom lat 1937-38, kiedy to z woli władz rozwalono w Polsce ponad 120 cerkwi, w większości na Chełmszczyźnie i Podlasiu. Sam byłem naocznym obserwatorem znoszenia cerkwi garnizonowej w Grodnie położonej naprzeciwko parku Orzeszkowej na początku ulicy Grandzieckiej. Również bezpośrednią styczność z rozbiórką cerkwi miał przedstawiciel naszego rodu w 1937-mym roku w Białej Podlasce, gdzie diakonem był brat ojca – Eugeniusz Pietraszkiewicz /już raz go wymieniłem na stronicy 3-ciej/. Latem tego roku, gdy proboszcz był nieobecny, przybył do niego jako psalmisty przedstawiciel władz wraz z robotnikami i rzekł: „proszę z cerkwi zabierać swoje świętości, gdyż będziemy ją rozbierali.” Stryj odrzekł, że największą świętością jest relikwiarz oraz „Święte Dary” dla chorych. Znajdują się one jednak na stole sakralnym, tknąć go ma prawo nikt inny tylko kapłan lub biskup. Na to stryj usłyszał odpowiedź, że „nas to nie obchodzi. My uprzedziliśmy a reszta jest waszą rzeczą.” Stryj relacjonował, że sam zabrał relikwiarz i „Święte Dary”, wychodząc z założenia, iż będzie to mniejsze świętokradztwo niż pozostawienie najświętszych przedmiotów liturgicznych na oczywiste pohańbienie.
Wyjaśnienia:
- Przez relikwiarz mam na myśli t.z. „antymins”, to jest płat specjalnego materiału z wizerunkiem ostatniej wieczerzy i zaszytą w nim cząsteczką jednego ze Świętych. Tylko przy jego użyciu z najwyższą czcią może być odprawiona msza, maksimum jedna dziennie. Poświęcenia antyminsa dokonuje biskup.
2.„Święte Dary” to Ciało i Krew Chrystusa przygotowywane podczas mszy w Wielką Sobotę, a przeznaczone do całorocznego użytku celem komunikowania chorych podczas obrządku Sakramentu Ostatniego Namaszczenia.
Wracając do relacji stryja, po zabraniu przezeń tych Najdroższych Rzeczy Liturgicznych, robotnicy weszli na dach, zwalili krzyże i kopuły, a w przeciągu kilku dni z cerkwi nie pozostało żadnego śladu. Stryj przez okres kilku miesięcy był na utrzymaniu moich rodziców, zaś jego żona Zofia – moja ciocia – na utrzymaniu swoich teściów, to jest dziadków w Wielkich Łukach, porównać str. 20 ostatnie dwa wiersze.
Powołam się wreszcie na pismo nr 2846 Konsystorza Prawosławnego w Grodnie z dnia 23. VII 1938 roku, w którym ogłoszono, że orędziem Biskupów Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, w związku z zajściami na Chełmszczyźnie i Podlasiu oraz na znak solidarności z prawosławną ludnością tych ziem, dnie 19, 20, 21 lipca w/g starego kalendarza, to znaczy 1, 2, 3 sierpnia w/g nowego kalendarza w roku 1938-mym ustanowiono dniami postu.
Reasumując, lata 1937-38 dla nas, prawosławnych były najczarniejszą kartą życia w Polsce międzywojennej. Aby niejako zamknąć apel, o którym piszę na str.45-tej[18] pierwszy akapit – oświadczam, że część niniejszych wspomnień t.j od strony 45 do niniejszego miejsca wielokrotnie przerabiałem, niektóre wspomnienia przeredagowywałem na nowo mając na względzie dwa zamierzenia:
- nasze przeżycia zobrazować w sposób jak najmniej tendencyjny;
- nie urazić, lub jak najmniej urazić tych, którym ta część wspomnień okaże się nie po ich myśli.
Wreszcie wspomnę, że przeżywając to wszystko, reakcja mego ojca godna była kapłana – chrześcijanina. Treść ówczesnych jego kazań nie miała tendencji odwetowej. Nawoływał do unikania naśladowania czynów niegodnych chrześcijanina i darowania moralnych krzywd, kierując się słowami Chrystusa Ukrzyżowanego: „Ojcze, odpuść im, albowiem nie wiedzą co czynią”.
W takim również duchu wychowywano w rodzinie nas, dzieci i dzięki Bogu, pomimo doznawanych przykrości na tle nietolerancji religijnej nigdy nie zachowywałem żadnych uraz. Ponadto wpajano nam w szczególności:
- unikać osiągania nienależnych korzyści materialnych, gdyż karząca Ręka Boża ukarze za cudze krzywdy;
- zachowywać poczucie sprawiedliwości w stosunku do innych, wyciągając wnioski z doznawanej niesprawiedliwości przez nas samych;
- szanować prosty lud, wśród którego rodziliśmy się, dorastali i wchodzili w lata dorosłe;
- być wiernym swojemu wyznaniu niezależnie od tego, jakie z tego tytułu będziemy odczuwali szykany; ubolewać jeśli nasz współwyznawca przejdzie na inne wyznanie; nie cieszyć się jeśli ktoś przejdzie na nasze wyznanie, kto bowiem raz zdradził, ten zdolny jest do dalszych sprzeniewierzeń;
- być jednak tolerancyjnym nawet w stosunku do nie chrześcijańskich wyznań i do różnych narodowości.
Te nauki wyniesione z domu rodzinnego oraz wskazówki życiowe udzielane na lekcjach wychowawczych, o których mowa na 39-tej stronicy, ukształtowały moją osobowość. Tego, czego mnie w ten sposób uczono – nie sprzeniewierzyłem. Wpojone zasady postępowania stosowałem na wszystkich etapach swojego, przede wszystkim dorosłego życia, które dzięki temu w trudnych okresach okazywało się lżejsze do zniesienia.
Lata 1939-1941
Nastał tragiczny dzień 1-go września 1939-go roku, gdy wybuchła II Wojna Światowa. Dnia 17 września na białostoczyznę wkroczyła Armia Czerwona, wkrótce potem ustanowiona została władza radziecka. Nastąpiła nowa sytuacja polityczna, która nie była korzystna dla życia religijnego, a dla naszej rodziny jako „obcego klasowo elementu” pod względem moralnym okazała się szczególnie ciężką. Zaważyły na ten stan rzeczy następujące czynniki:
- rodzice opowiadali, że w Rosji w latach 1917-1918 pewne jednostki „obce klasowo” zakwalifikowano do grupy tak zwanych „liszeńców”, co w wolnym przekładzie oznacza „pozbawieńców” (ros. „liszonyj” oznacza „pozbawiony”).
Do grupy „liszeńców” zaliczeni też byli duchowni z rodziną. „Liszeniec” t.j. „pozbawieniec” – sama nazwa to wykazuje – pozbawiony był szeregu praw, np. prawa do nauki, prawa udziału w życiu publicznym, m.in. prawa wyborczego nawet czynnego i niektórych innych praw np. zajmowania stanowisk urzędniczych. Z byle powodu lub bez powodu osoba taka mogła być aresztowania najczęściej bez sądu wywieziona do obozu pracy „w oddalonych rejonach Syberii”.
Taki stan rzeczy „formalnie” złagodziła t.zw. „Stalinowska Konstytucja”, ale koszmarna przeszłość praktycznie ciążyła w dalszym ciągu;
- z chwilą nastania nowej władzy rogi podnieśli żydzi. Zajmowali oni najatrakcyjniejsze, najwygodniejsze stanowiska, na których można było w ówczesnych ciężkich warunkach zaopatrzeniowych korzystać z różnych udogodnień. To była ich odwetowa postawa na skutek przedwojennych pogromów i haseł takich jak „bij żyda”, „nie kupuj u żyda” itp. Wszędzie oni się wciskali, wycieśniając chrześcijan i przy różnych okazjach wykazując wobec nich swoją ważność. Rodzice opowiadali, że hegemonia żydowska nastąpiła tuż po rewolucji 1917-ego roku. Trudno mi powiedzieć, kiedy w ZSRR nastąpił proces antysemityzmu;
- podstawowym kierunkiem działalności propagandowej nowych władz była walka z religią, krótko mówiąc wszędzie, zawsze i w jakiejkolwiek formie. W ramach zaś tej propagandy nigdy nie padło żadne słowo przeciwko wyznaniu hebrajskiemu. Przy tym za samo wypowiedzenie słowa „żyd” groziły niesamowite sankcje; należało w razie potrzeby mówić „jewrej”, t.j. izraelita.
Zajęcia w szkołach rozpoczęły się mniej więcej w połowie października 1939 r. Z chwilą uruchomienia komunikacji kolejowej, po poszerzeniu szyn, jeździłem uczyć się do Grodna – do tegoż gimnazjum, uczęszczając do I-szej klasy Liceum Matematyczno-Fizycznego. System organizacyjny szkolnictwa był na razie jak przed wojną, nawet było to samo grono profesorskie z Księdzem Dyrektorem na czele, po polsku odbywały się też wykłady. Różnice zaś polegały na tym, że:
- wprowadzono przedmiot języka rosyjskiego. Prowadzili go radzieccy oficerowie w mundurach, tak zwani „politrucy” (politruk=politiczeskij rukowodzitiel tj. przewodnik polityczny). W treść samych tematów z literatury wplatali oni elementy propagandy antyreligijnej. Oczywiście nie było już lekcji religii;
- istniał wówczas powszechny w ZSRR system „sześcidniewki”, t.j. sześciodniówki. Polegał on na tym, że 5 dni to były dnie robocze (praca, nauka), a szósty „wychodnoj”, dosłownie „wyjściowy” czyli po prostu wolny. W ten sposób tylko co siódma niedziela, zbiegając się z „wyjściowym” była wolna. Ten system zniesiono, a od nowego 1940-go roku obowiązywał już system tygodniowy. Zamiast „pierwszy dzień sześciodniówki” lub „drugi dzień sześciodniówki” powróciły nazwy poniedziałku, wtorku itd, a dzień wyjściowy przypadał w chrześcijańską niedzielę;
- nie było obowiązku noszenia określonej formy munduru; ubiór był dowolny. Dotyczyło to również zajęć wojskowych, które nadal obowiązywały.
Utkwił mi w pamięci dzień 7 listopada 1939 roku, gdy obchodzono 22-gą rocznicę Rewolucji Październikowej. W Grodnie był pochód, każda kolumna maszerowała przed trybuną, w której jeden z „nowokreowanych dygnitarzy” wznosił okrzyk, a kolumna obowiązana była ryczeć „hura”.
Przechodziła przed trybuną nasza kolumna, która liczyła:
- klasy I-sze a, b, c; klasy II-gie a, b, c, III-cie a, b oraz IV-te a, b gimnazjalne;
- klasy I-sze a, b, oraz II-gie a, b Liceum Matematyczno-Fizycznego;
- klasy I-sze a, b, oraz II-gie a, b Liceum Humanistycznego;
Łącznie 18 klas x 40 = „ponad 700 chłopa” plus grono nauczycielskie z Księdzem Dyrektorem /w sutannie/ na czele. Pod adresem naszej kolumny – doskonale to pamiętam – jakiś wysokiej rangi oficer wzniósł okrzyk: „wielikomu Stalinu hura!” Na to nasza kolumna jak jeden mąż odpowiedziała grobowym milczeniem.
Skutki nie kazały na siebie długo czekać: w przeciągu kilku dni szkoła została rozformowana. Część przyłączono do żeńskiego Gimnazjum im. Emilii Plater, część do Gimnazjum PMS (prywatne Polskiej Macierzy Szkolnej na prawach państwowych), część wreszcie do Gimnazjum Rzemieślniczego lub Handlowego. Z wymienionych zaś szkół wyłączono odpowiednie ilości klas i sformowano z nich zupełnie nową szkołę, lokując ją w gmachu naszego rozformowanego gimnazjum.
Od półrocza jednak (po 1.I.1940) szkolnictwo zostało przeorganizowane na radziecki system 10-latki. Trochę śmiesznie to wyglądało, gdyż na przykład:
- obie klasy liceum matematyczno fizycznego, t.zn. I-sza i II-ga stały się klasami IX-tymi;
- obie klasy t.zn. I-sza i II-ga liceum humanistycznego stały się klasami VIII-mymi;
W nowym systemie powstały również w Sokółce dwie szkoły średnie: jedna z polskim, a jedna z rosyjskim językami nauczania. W związku z tym rodzice zadecydowali, że zamiast codziennego męczącego dojeżdżania do Grodna zamieszkam u dziadków w Sokółce, t.j. rodziców matki, co też nastąpiło. Z uwagi na to, że szkoła z polskim językiem nauczania była zapełniona, umiejscowiony zostałem w IX-tej klasie szkoły rosyjskiej; dziesiątej jeszcze nie było. Nasza klasa liczyła 21 osób w tym: 1 prawosławny, to jest ja, 3 ateistów – synowie i córka Rosjan przybyłych z terytorium ZSRR, których zwano „wostoczniki” czyli „wschodniarzy”, t.j ludzie ze wschodu, 4 rzymo-katolików i 13 Żydów. Taki był „skład wyznaniowy” naszej klasy.
Rzeczą zrozumiałą jest, że jednym z elementów szkolenia była propaganda antyreligijna. Jej treść polegała na tym, że z literatury rosyjskiej tendencyjnie wybierano utwory ośmieszające Cerkiew, „popów” itp. Ponadto czytano artykuły z tygodnika „Bezbożnik”, w których opisywano na przykład, że gdzieś tam „pop-chuligan” napił się i narozrabiał, czy ten inny „prowadził dywersję ideologiczną”. Nigdy natomiast nie wystąpiła tematyka antyreligijna w stosunku do innych wyznań, nie mówiąc już o Żydach. Słowem jak widać – cała propaganda antyreligijna była skierowana przeciwko jednej osobie, t.zn. przeciwko mnie. W ten sposób tylko moja dusza była trawiona, zaś pozostali uczniowie mieli w pewnym sensie rozrywkę.
Czarę zaś mej goryczy przepełniło następujące zdarzenie: siedząc na lekcji „darwinizmu” czyli niejako biologii i słuchając wykładu robiłem w kratkowanym zeszycie na brudnopisy różne „esy-floresy”. Mam taki nawyk i po dziś dzień on dawał o sobie znać, gdy uczestniczyłem w szkoleniach, zebraniach itp. Otóż na tej lekcji po prostu bezwiednie najpierw naszkicowałem [rysunek], potem dwie kreski dorysowałem i powstało [rysunek], rysując przy tej figurze dalej wyszło mi [rysunek], wreszcie trójkąciki zaczerniłem i powstał znak [strzałka i rysunek]. Zauważyła to nauczycielka i jak nie rzuci się do mnie, jak nie zacznie żądać wyjaśnienia co ma oznaczać ten „wywrotowy” znak. Żadnych moich tłumaczeń nie usłuchała. Uczepiła się też do mnie organizacja komsomolska, do której nie należałem, opisano mnie w gazetce ściennej. Słowem wokół mnie stworzyła się atmosfera nie do zniesienia. Można ją porównać do atmosfery powstałej wokół uczennicy w szkole, pokazanej w radzieckim filmie „Jutro była wojna”[19]; film eksponowano w I-szym programie TV dnia 12 lipca 1989 godz. 20.15. W filmie nagonka przeciwko tej uczennicy zakończyła się jej samobójstwem.
W moim przypadku za zgodą rodziców, po feriach wiosennych po prostu zaprzestałem uczęszczać do szkoły, nie podając dyrekcji powodu. Postanowiono, że w takiej atmosferze dalsza nauka jest zbędna. „Ze względów klasowych” w tym ustroju i tak nie mam szans być więcej niż robotnikiem, a wobec tego po co mi szkoła?
Widocznie jednak psułem w szkole jakąś tam statystykę zwaną „uspiewajemost’” czyli wskaźnik osiągnięć, z którego podobnie jak kiedyś z wyników głosowania w wyborach – dyrekcja była skrupulatnie rozliczana. W każdym bądź razie prawie po dwóch miesiącach mojej nieobecności w szkole przybył do nas w Kuźnicy z-ca dyrektora szkoły z inną nauczycielką z zapytaniem o powód nieuczęszczania do szkoły. Przy rozmowie obecni byli oboje rodzice, ale „ze względów taktycznych” prowadziła ją matka (była nauczycielką rosyjskiego w Kuźnicy). Ona wyjaśniła przyczynę mojej absencji i wygarnęła, co o tym myśli. Rzekła: „nie dam swego syna na pohańbienie. Czepiacie się go z byle powodu, szukacie pretekstów dokuczania. Niechaj tedy syn zostanie szczęśliwym durniem aniżeli skaleczonym moralnie mędrcem”.
Z-ca dyrektora oświadczył, że owszem – w zakresie propagandy antyreligijnej miał miejsce nieprawidłowy, zbyt jednostronny kierunek, a i nagonka za ten znak była zbędna. Winienem wrócić do szkoły, gdyż sytuacja się zmieni. Ja z kolei oświadczyłem, że miałem dwa miesiące przerwy, a zaledwie kilka tygodni pozostało do końca roku i nie widzę możliwości złożenia egzaminu.
Wyjaśnienie: w 10-ciolatce radzieckiej, poczynając chyba od VII-mej klasy pozytywne oceny roczne dawały prawo przystąpienia każdego roku do egzaminu. Dopiero pozytywne oceny egzaminacyjne promowały do następnej klasy.
Na moją wątpliwość powiedziano mi: „jesteś zdolnym uczniem i dasz rady nadrobić materiał. A dyrekcja daje ci pełną gwarancję, że zdasz egzamin”. W ten sposób dano mi do zrozumienia, że poprzez egzamin zostanę przepuszczony.
Tak też się stało. W nowym 1940/41 roku szkolnym nauczycielki: ta od propagandy antyreligijnej i „od darwinizmu” zostały przeniesione gdzie indziej. W X-tej klasie były antyreligijne pogadanki, lecz miały bardziej ogólny charakter, to znaczy nie dotyczyły konkretnego wyznania.
Klasę X-tą ukończyłem pomyślnie i na początku m-ca czerwca 1941 roku otrzymałem dyplom ukończenia szkoły średniej. Jeśli chodzi o inne momenty mego życia religijnego „za sowietami”, to nie wiele mogę do tego dodać. Nauki religii w szkole nie było, ale w niedzielę uczęszczałem do Cerkwi, śpiewałem w chórze, w Wielki Post przystępowałem do spowiedzi i Komunii Świętej, prawie każdego wieczora czytałem jeden rozdział z Ewangelii sprezentowanej mi przez ojca z dedykacją: „czytaj codziennie niniejszą księgę, która ukazuje prawdziwy cel życia. Staraj się spełniać przykazania Boże by w ten sposób przygotować się do życia wiecznego”. W tych też latach rodzice nauczyli mnie czytania starosłowiańskiego języka, według którego ułożone są wszystkie cerkiewne księgi do nabożeństw, tudzież pisma apostołów, Stary i Nowy Testament.
Inne natomiast przeżycia w tych latach miał mój ojciec. Uważam za stosowne opisać trzy z pośród nich.
- Pierwsza jego styczność z „nową władzą” miała miejsce dokładnie dnia 10.XI.1939r. W tym dniu przybył doń oficer i powiedział, że wzywa go Komisarz (Z-ca dowódcy jednostki kawalerii stale stacjonującej w Kuźnicy). Ojciec do wezwania zastosował się.
– Komisarz (ojca zapytuje): „ czy macie jutro nabożeństwo?”
– Ojciec: „a z jakiej to okazji?”
– Komisarz: „jak to, przecież macie święto niepodległości.”
– Ojciec: „ponieważ poprzednio była władza Polska, wówczas takie nabożeństwa odprawiałem. Ponieważ jednak obecnie Państwo Polskie nie istnieje, nie poczuwam się zobowiązany odprawiać nabożeństwo z tej okazji. Jednak uprzedzam, że o ile niespodziewanie zdarzy się pogrzeb lub inne żądanie parafian, wówczas nabożeństwo zmuszony będę odprawić.”
– Komisarz: „to się rozumie, byle bez demonstracji. A przy okazji: jesteście osobą wykształconą. Czy nie należałoby wam zastanowić nad zmianą zawodu?”
– Ojciec: „wiecie Komisarzu, ja jestem kapłanem nie z zawodu, lecz z powołania.”
– Komisarz: „rozumiem, skoro z powołania, to co innego.”
Dla porządku rzeczy dodam, że był to major Michał Szerszniow, który okazał się niezłym człowiekiem. Zadania swoje wykonywał, ale bez nadmiernej gorliwości.
- Jak zaznaczyłem, w Kuźnicy stacjonowała jednostka kawalerii, a konie były porozmieszczane w prywatnych budynkach gospodarczych. Między innymi na ten cel zarekwirowana została nasza stodoła parafialna, w której umieszczono kilkanaście koni, a dwóch żołnierzy pełniło przy nich całodobową służbę.
Pewnego razu jeden z parafian przybył furmanką po ojca do chorego. Ojciec przebrał się i poszedł do tuż obok znajdującej się cerkwi po Święte Dary – patrz wyjaśnienie 2-gie na stronie 52[20]. Napotkał on idącego do wartowników oficera. Gdyby ojciec wracał z cerkwi już ze Świętymi Darami – zagadnięty przez kogokolwiek w ogóle by przemilczał, ponieważ mając już na piersiach Szkaplerzyk z Darami Św. kapłan przez cały czas pozostaje milczący aż do udzielenia Ostatniego Namaszczenia. Ponieważ zaś ojciec dopiero udawał się do cerkwi, a został zagadnięty, właściwie „zaczepiony” przez rzeczonego oficera, wywiązał się następujący dialog:
Oficer: „co ojcze, idziecie do cerkwi modlić się?”
Ojciec: „a tak, idę na modlitwę.”
Oficer: „no, módlcie się, módlcie się. Ja już dawno przestałem wierzyć w różnych bogów.”
Ojciec: „wobec tego my jesteśmy podobni, bowiem ja też w różnych bogów nie wierzę. Natomiast wierzę w Jedynego Boga i cześć Mu oddaję.”
Oficer: „niedługo już tych modłów, gdyż według naszych planów do 1945 roku wszystkich bogów wyrzucimy za granicę.”
Ojciec: „pozwólcie się dowiedzieć, jakim sposobem to nastąpi?”
Oficer: „a my przeprowadzimy propagandę, damy materiały do czytania i ludzie sami przestaną wierzyć.”
Ojciec: „może takim materiałem ma być gazeta Bezbożnik?”
Oficer: „a co, może i wy ją prenumerujecie?”
Ojciec: „owszem, prenumeruję, gdyż muszę znać broń, z którą mam walczyć. A nawiasem mówiąc niewiele nią zwojujecie. Przecież to jest szmatławiec, w którym brak jest czegokolwiek naukowego. Drukuje się tylko tanie sensacyjki, że gdzieś tam pop się napił i nachuliganił itp. Każde środowisko ma swą czarną owcę. W waszym środowisku dowódców też znajdą się jednostki, którym nieobce są pijaństwo i rozpusta. To też przy takiej propagandzie gdyby doszło do dyskusji – ja wam gwarantuję, że z mojej parafii każda prosta baba posadzi was do kalosza.”
Oficer: „a ja widzę, że wy jesteście człowiekiem wykształconym?”
Ojciec: „owszem, podpisać się potrafię.”
- Było to 24 grudnia 1939 roku. Ojciec został wezwany na posterunek milicji w Kuźnicy. Miał „przyjemność” rozmawiać z komendantem, który zapytał czy ojciec czytał zarządzenie o obowiązku zdania broni. Ojciec odrzekł, że zarządzenia takiego nie czytał i ono zresztą go nie interesuje, ponieważ nigdy nie miał broni. Komendant jednak upierał się, że ojciec broń ma, ale skoro nie chce jej zdać, to musi jutro pofatygować się do NKWD w Sokółce. Podał adres, a my jeszcze w ogóle nie orientowaliśmy się, co to za instytucja. Zatem 25 XII ojciec udał się do Sokółki. Nie wrócił do domu, pomimo że dawno już minęły godziny urzędowania. Matka pojechała do Sokółki, aby u swoich rodziców dowiedzieć się, czy może coś wiedzą, co się z ojcem stało. Tu dopiero wyjaśniono jej, co to takiego NKWD. Chociaż był wieczór, ona tam poszła, nie zdając jeszcze w pełni sprawy z charakteru tego urzędu. Tam zapytany funkcjonariusz odpowiedział jej, że owszem „taki był, ale został zwolniony i pewno poszedł na baby albo siedzi gdzieś w knajpie.”
Widząc co się dzieje, matka najbliższym pociągiem wróciła do domu i wysłała mnie do wsi Długosielce /6 km/ poinformować parafian o tym, co się dzieje. Dnia 26 XII rano jeden z parafian ze wsi Długosielce przybył, aby się dowiedzieć, czy „batiuszka już wrócił”. Po ustaleniu, że ojca w domu nie ma, wrócił do swej wsi i tegoż dnia pojechało z Długosielc pojechało kilkanaście fur z ludźmi do Sokółki pod gmach NKWD, gdzie oświadczyli, że tak długo będą tu pikietowali „dopóki nie wypuścicie naszego batiuszki”. Ojciec został zwolniony 27 XII w godzinach rannych.
Cóż z nim działo się przez minione dwie doby? Przede wszystkim każdą środę i piątek oraz we wszystkie posty ojciec „szczerze pościł”, nie uczęszczał nawet za dobrych czasów do kina, czy teatru, nie mówiąc o knajpach, to też o żadnych babach nie mogło być mowy. Nikt w to nie uwierzy, kto ojca znał, tym bardziej małżonka.
Otóż w tym czasie, po napisaniu w NKWD życiorysu na zmianę był przesłuchiwany przez kilku funkcjonariuszy. Każdy z nich upominał się o zdanie pistoletu. Wspominał jego „przestępstwa przeciwko rewolucji”, powołując się na głoszone przezeń antykomunistyczne kazania w Choroszewiczach (patrz strona 24 od połowy[21]). Mieli jednak swój wywiad. Powiadali ojcu, że tej okoliczności w życiorysie nie wspomniał, a za tym „zataił prawdę”. W sumie „naliczono mu” sporo przestępstw. Następnie powiedziano, że ojciec może uniknąć odpowiedzialności, jeśli podpisze „zobowiązanie o współpracy”. Powiadano mu, że ma zaufanie ludzi, ponadto udziela spowiedzi i dużo czego się dowiaduje. Chodzi tylko o „drobnostkę”: od czasu do czasu spotkać się z funkcjonariuszami, a interesujące rzeczy przekazać. Stosowano przy tym następującą taktykę:
- jeden przesłuchujący używał metody straszenia. Krzyczał, że „jak nie podpiszecie to zaraz z rodziną pojedziecie na Sybir”. W obecności ojca rozkładał, czyścił i składał pistolet i sprawdzał jego działanie;
- drugi go zmieniał i używał metody perswazji. Obłudnie powiadał, że przesłuchujący poprzednik to prostak o niskim poziomie kultury, nie umiejący obchodzić się z ludźmi. „Ale cóż robić – powiadam sam jestem wierzący. Niestety takie są czasy. Wiem jednak, że od was się nie odczepią. Radzę wam zatym, podpiszcie. Co to wam szkodzi?”
- jeszcze inny kazał zastawić wykwintny stół, nie wyłączając win i powiada: „takie będziecie mieli życie, jeśli podpiszecie, a jak nie, to zgnoimy was w Syberii”.
Ojciec opowiadał, że w trakcie tych przesłuchiwań czuł w sobie wielką siłę woli i te metody nie sprawiały na nim żadnego wrażenia. „Nie i nie” to były jedyne jego odpowiedzi. Widocznie zgniewało to najważniejszego z przesłuchujących gdyż w zdenerwowaniu rzekł: „w przeciągu 15 minut dogadywaliśmy się z biskupami, a z wami mordujemy się już dwie doby. Zabierajcie się stąd do diabła i żebym więcej tu was nie oglądał”.
Widocznie siła woli ojca oraz postawa parafian odniosła swój skutek, gdyż więcej ojciec nie był prowokowany.
Jednakże cały czas żyliśmy pod nieustanną obawą aresztowania bez sądu i wyroku wywiezienia na ciężkie roboty do Syberii. Metody te były bowiem stosowane dość powszechnie.
Lata okupacji hitlerowskiej
Nastał dzień 22-go czerwca 1941-go roku. Nastąpiła napaść Niemiec hitlerowskich na ZSRR. Tegoż dnia w Kuźnicy nie było już ani jednego żołnierza radzieckiego. Pomimo to ten dzień i następny był dla Kuźnicy piekłem. Dosyć górzysty teren, rzeka, skrzyżowanie dwutorowej linii kolejowej z szosą czyniły z tej osady ważny punkt strategiczny. Toteż 22 i 23-go czerwca Kuźnica była bombardowana i ostrzeliwana, przy czym 23 VI miało miejsce bombardowanie pociskami zapalającymi. Pod wieczór Kuźnica była jednym wielkim pogorzeliskiem. Co najmniej połowa osady, tj. jej południowa część spaliła się do cna. Było to skupisko gęsto, jeden przy drugim, pobudowanych domów żydowskich, stąd kilkaset osób tej narodowości pozostało bez dachu nad głową.
Wojska niemieckie wkroczyły do Kuźnicy 24 czerwca o świcie, a już pod wieczór z pobliskich wsi całą ludność, naszą rodzinę również – wpędzono do zagrody kościelnej – mam tu na myśli plac przykościelny wewnątrz otaczającego go muru, gdzie nas trzymano 3 doby, jak to się mówi „głodnych i chłodnych”, po czym wszystkich zwolniono. Po powrocie do domu mieszkanie zastaliśmy rozgrabione, drzwi powynoszone, okna pobite, pies zastrzelony, krowa z odłamkiem w brzuchu raniona. Uporządkowaliśmy to i owo, pozbieraliśmy papiery i dokumenty, z których aż dziw bierze, iż sporo tego zachowało się. Parafianie też nie dali zginąć:
- ranioną krowę zabrali i zarżnęli na mięso, złożyli się i kupili nam inną, nawet lepszą;
- gdzie kto miał kawał szkła, przynieśli i oszklili okna;
- czuwali nad tym, aby nie brakło nam żywności,
Żadne wieści z Generalnej Guberni do nas nie docierały. Nie mieliśmy pojęcia o prawdziwym obliczu okupanta. Toteż po 21 miesiącach ciężkich przeżyć za władzy radzieckiej powszechnie sądzono, że tu nastaje wolność Polski.
I znów niestety, ale niejako w odwet za te 21 miesięcy odżyły tendencje nietolerancji ze strony ludności rzymsko-katolickiej w stosunku do nas – prawosławnych i do żydów.
Omówienie: Ja doskonale rozumiem, co to jest wyznanie, co to jest narodowość i te pojęcia rozróżniam. Wiem, że rosjanin może być prawosławnym lub rzymo-katolikiem, że polak może być rzymo-katolikiem lub też prawosławny. Jednocześnie jednak prawdą jest, to, że na naszym terenie ludzie będący rosjanami lub białorusinami są w większości prawosławnego wyznania, a polacy rzymo-katolikami. Przy tym w pojęciu prostych ludzi określenia te są utożsame w ujęciu – polak to rzymo-katolik, a prawosławny to białorusin lub rosjanin. Stąd i ja celem uniknięcia zbędnego wyjaśniania o co chodzi – znaczenia utożsamiam w podobny sposób.
Władzę okupacyjną sprawował amtskomisarz, ale jego aparat wykonawczy stanowili wyłącznie polacy z burmistrzem na czele Fiedorczykiem – imienia nie pamiętam. Zogranizowana została granatowa policja, wyłącznie polacy z byłym woźnym szkoły w Kuźnicy Kosakowskim na czele. Była też żandarmeria, na jej czele stali niemcy – komendant i zastępca, ale kilku żandarmów rekrutowało się z miejscowych polaków. Z pośród nich pamiętam nazwiska Zawidowicz i Kurczewski. Ten ostatni bardzo gorliwie wykonywał brudną robotę, to jest mordował ukrywających się a potem złapanych żydów.
Żydzi zaś przeżywali gehennę. Ganiano ich do ciężkich robót, bito, kopano i maltretowano. Przodował w tym pełniący funkcję nadzorcy gajowy z okresu międzywojennego Antoni Matuk. Mówię to dlatego, że sam to widziałem. Toteż do dziś dnia nie rozumiem jako on w 1947 roku został przyjęty do PPR-u, jak mógł być w Suchowoli naszego powiatu wójtem, a potem Przewodniczącym Prezydium Gminnej Rady Narodowej. Chyba dopiero w 1954-tym roku przestał piastować funkcje kierownicze.
Niestety, również i nasza rodzina doznawała ze strony niektórych polaków wyznania rz.kat – przykrości i to nie małych:
- w m-cu lipcu 1941r. niejaka Dargiewicz Stefania pod naszą plebanię przyprowadziła 2-ch niemieckich żandarmów, a pokazując palcem na plebanie wykrzykiwała: „komuniści, komuniści”. Żandarmi zarepetowali broń i kazali naszej rodzinie ustawić się pod płotem. To szczęście, że w gimnazjum z obowiązkowego języka obcego francuskie lub niemieckiego wybrałem niemiecki. Pan Profesor Dańko – świeć Panie nad Jego duszą, o którym wspominam na stronie 41[22], był wymagający. Również w radzieckiej 10-latce w Sokółce obowiązkowym językiem obcym był niemiecki. Toteż po 6-ciu latach uczenia się tego języka już nieźle nim władałem i wytłumaczyłem się wobec żandarmów, ratując w ten sposób życie rodzinie.
Informacja. Oprócz Profesora Dańki na str. 41-szej wspomniałem również Prof. Jana Kochanowskiego na tejże stronie. Oboje zginęli w 1941r. rozstrzelani przez okupanta hitlerowskiego jako zakładnicy.
- Plebania prawosławna znajdująca się około 200m za Kuźnicą należała do wsi Wojnowce, ½ km za Kuźnicą. Sołtysem był tu niejaki Referski, który otrzymując z „Gemeindeamt” plan kontyngentu, tj. dostaw żywności rozkładał go pomiędzy gospodarzy. Czynił to tak, że na ziemię parafialną 7 ha przypadała „lwia część”, w ogóle niemożliwa do wykonania. Poszedłem z ojcem do gminy, gdzie komisarzowi ojciec oświadczył, iż chce aby tłumaczem w jego sprawie był syn. Wyjaśniłem sytuację przy czym ojciec zaznaczył, że na nikogo nie skarży, prosi jedynie by parafię prawosławną wyłączyć ze wsi Wojnowce, a zaliczyć do wsi Wyzgi, prawie w całości prawosławnej, położonej 4 km od Kuźnicy. Komisarz prośbę uwzględnił, od tego czasu z kontyngentami parafia miała spokój.
- Gdy rozpoczęły się wywozy na przymusowe roboty do Niemiec, tenże sam Referski przyczynił się do tego, że gmina wśród pierwszych mnie wyznaczyła na przymusowe roboty. Wiosną 1944 roku zadbał o to, aby został wywieziony mój brat. I znowu nie mogłem zrozumieć, jak to jest, iż tenże Referski był sołtysem w okresie międzywojennym, potem pełnomocnikiem wsi za sowietami, następnie sołtysem za okupacji hitlerowskiej, a po wyzwoleniu znów sołtysem za czasów Demokracji Ludowej.
V. Wiek dorosły.
Lata okupacji hitlerowskiej – ciąg dalszy.
Nawiązując do zakończenia poprzedzającego rozdziału otrzymałem wezwanie, abym dnia 22.X.1941r. o godz. 10.00 stawił się na stacji kolejowej w Sokółce, skąd udam się na roboty do Niemiec.
Byłem już w wieku 19 lat, niebawem miało się kończyć moje oparcie o dom rodzinny, a zatym wkrótce winienem był samodzielnie radzić sobie w życiu. Dlatego umownie przyjmuję, że następował czas mojego wkroczenia w wiek dorosły.
Jeśli chodzi o wywóz na roboty, był to pierwszy transport. Ludzie w ogóle nie orientowali się, na czym to polega. Mówiono tylko, że „będziecie mieli dobre życie i zarobki, za kilka miesięcy wrócicie”. Wyznaczonego dnia stawiłem się w Sokółce i stąd z dużą grupą ludzi zawieziono mnie ciężarowym samochodem z przyczepą do Białegostoku. Po przenocowaniu w jakiejś strzeżonej kamienicy zaprowadzono nas do łaźni, a po kąpieli „na zero” mężczyzn ostrzyżono. Dnia 24 X poddani zostaliśmy badaniom lekarskim. Przyznaję, że były one dość skrupulatne . Kilka osób odprawiono do domu z uwagi na niewielką przydatność do pracy fizycznej, a wśród nich Muczko Jan – tak jak i ja ze wsi Wojnowce (prawosławny), nie mający jednego oka. W dniu 25 X na stacji kolejowej załadowano nas mniej więcej po 70 osób do wagonów bydlęcych, otwory okienne zapleciono drutem kolczastym, drzwi zamknięto. 27 października rano byliśmy w Warszawie. Zaprowadzono nas i uwięziono w ogromnym gmachu, w którym na ścianach znajdowało się mnóstwo napisów zawierających nazwiska i imiona i dopiski: „wywieziony do Oświęcimia”. A my do tych napisów nie przywiązywaliśmy wagi, słowo „Oświęcim” nic nam nie mówiło.
Po przenocowaniu, 28 X na dworcu wileńskim ponownie załadowano nas do wagonów bydlęcych i powieziono do Rzeszy. Dnia 29 X okazaliśmy się już w Berlinie, jak pamiętam – dworzec Scharlottenburg. Tu przeładowano nas już do wagonów osobowych, zawieziono do nieznanej miejscowości, w każdym bądź razie był to duży obóz jeńców francuskich, gdzie znaleźliśmy się 31 X. Dnia następnego o świcie była łaźnia /z zimną wodą/, a po ubraniu się ustawiono nas w kolumny. Kilku agentów niemieckich wybierało z pośród nas po kilkadziesiąt osób i udawało się w różnych, nieznanych nam kierunkach. Ja znalazłem się w grupie, którą zawieziono do Verden, około 15 km od miejscowości, w której miałem przebywać prawie 4 lata. W miejscowym Arbeitsamcie, po „obejrzeniu nas i obmacaniu” pozabierali nas „Bauerzy”, to jest właściciele dużych posiadłości ziemskich.
Tegoż dnia, to znaczy 1-go listopada 1941-go roku znalazłem się we wsi Hassel, Kirchstrasse 16, Kreis Grafschaft Hoya a/d Weser, prov. Hannover. Położenie wsi w/g drogowskazu na szosie: 54 km od Bremen, zaś 90 km od Hannoveru. Właściciel gospodarstwa: Heinrich Schumann, wówczas w wieku 70 lat, żona, dorosła córka ponad 30 lat, syn w wieku około 25 lat, leutnant Wehrmachtu, w 1945r. awansowany na kapitana.
Jestem obiektywny, a zatym muszę stwierdzić, biorąc pod uwagę okres wojenny i niewolniczy charakter mojej sytuacji, że byli to porządni ludzie. Posiłki z niemcami spożywałem przy jednym stole, nie byłem poniżany, ubrania i obuwie robocze otrzymywałem w miarę potrzeby, nigdy nie zostałem uderzony lub skrzyczany. Takie moje, stosunkowo korzystne położenie może zrozumieć tylko ten, kto był na przymusowych robotach.
Dla orientacji zapodam niektóre epizody mojego życia, niezbyt ciekawego do opowiadania:
- Po tygodniu od przybycia policja mnie wezwała i wykonała zdjęcie. Wkrótce ponownie wezwała, wydała tzw. „Fremdenpass” czyli paszport dla cudzoziemców i poinformowała co następuje:
- na marynarce winien jestem nosić niebieską naszywkę z białymi literami „OST”;
- po godz. 20.00 muszę znajdować się w swojej „sztubie” (die Schtube = pokój);
- ze wsi nie wolno oddalać się do innej miejscowości. Jeśli się okaże, iż tam są rodacy a zechciałbym ich odwiedzić, winienem uzyskać zezwolenie od miejscowego policjanta, który przy tym zadecyduje, czy wolno mi jechać rowerem, czy też mam iść piechotą;
- nie wolno chodzić do miejsc użyteczności publicznej, np. kino, nie wolno jechać pociągiem; idąc ulicą nie wolno znajdować się na chodniku, lecz maszerować jezdnią;
- nie wolno posiadać żadnych książek. Na moje zapytanie odpowiedziano, że ewangelię mogę posiadać.
Za naruszenie zakazów groziło: po raz pierwszy – 15 marek kary, po raz drugi 25 m, po raz trzeci – 21 dni obozu, po raz czwarty – obóz do końca wojny.
Nasza obecność w domu po godz. 20.00 była kontrolowana początkowo przez policjanta, później przez smarkaczy z hitlerjugend.
- Rozkład dni roboczych był następujący:
Okres zimowy.
godz. 6:00 – pobudka, karmienie (i pojenie) inwentarza;
7:00 – śniadanie, po czym praca;
13:00 – karmienie inwentarza, obiad, praca;
16:00 – podwieczorek, następnie praca;
18:00 – karmienie inwentarza;
19:00 – kolacja, koniec dnia.
Okres zimowy był tam zresztą określeniem umownym, gdyż był tu taki klimat, że około 3-ch tygodni m-ca stycznia trwały kilkustopniowe mrozy, śnieg czasem tylko poprószył; na tym terenie w ogóle nie było sań.
Okres letni po przejściu na letni czas.
godz. 6:00 – pobudka, karmienie inwentarza;
7:00 – śniadanie, po czym praca;
10:00 – drugie śniadanie, praca;
13:00 – 15.00 – karmienie inwentarza, obiad, przerwa;
15:00 – praca;
17:00 – podwieczorek, następnie praca;
19:00 – karmienie inwentarza, kolacja, koniec dnia.
- Wolne od pracy dni w ciągu roku:
- wszystkie niedziele;
- nowy rok;
- Wielki Piątek /niemcy zwali „Cichy Piątek”/;
- 2gi dzień Wielkanocy;
- 2gi dzień Zielonych Świątek;
- dwa dni Bożego Narodzenia.
Wolnym niejako dniem było 1-go Maja, w którym po śniadaniu przeganiano bydło i maciory na pastwisko aż do jesieni; pozostała część dnia była wolna.
- Za pracę płacono mi miesięcznie początkowo 15 marek, w ostatnim roku doszło do 50 marek. Nie miało to zresztą istotnego znaczenia. Za pieniądze mogłem kupić tylko zapałki, miesięczny przydział 20 papierosów lub paczkę tytoniu, drewniaki tzw. Hulzschuhe, ewentualnie fajkę i nic poza tym. Na kupno wszystkiego innego należało mieć przydział, który otrzymywali tylko Niemcy.
A wracając do dni wolnych – pobudka była o 7.00, po niej karmienie inwentarza i śniadanie. Natomiast popołudniowe karmienie inwentarza obowiązywało na przemian: jednego wolnego dnia karmiłem ja, następnego zaś jeniec wojenny francuz.
Moje życie było niesamowicie monotonne i nudne. Ta monotonia urozmaicana była bardzo rzadko, a do tych urozmaiceń zaliczam co następuje:
- w naszej wsi było kilkudziesięciu francuzów – jeńców wojennych. Nocowali oni w baraku za drutami i byli pilnowani przez wachmanów; natomiast na dzień aż do wieczoru szli do pracy u wyznaczonych gospodarzy i w ogóle nie byli pilnowani, co było dla mnie mało zrozumiałe. O ile się orientuję – mieli oni prymitywne radio i słuchali wiadomości ze świata. Ze mną w gospodarstwie pracował francuz Jean Gresole. On sam o tym nie wiedział, że stanowił dla mnie żywy barometr sytuacji na froncie. Gdy „Johann” był w humorze i podśpiewywał, oznaczało to, że rosjanie dają szwabom porządnego łupnia; jeśli zaś był on pochmurny lub wręcz zły, oznaczało to sukcesy niemców na froncie.
- W Niemczech istniał taki zwyczaj, iż jeśli z danej parafii zginął na froncie żołnierz, wówczas na jego intencję przez kilka minut dzwoniono w Świątyni (Kirche, w naszej wsi byli wyłącznie luteranie). W latach 1944-45 dzwonienie było coraz częstsze.
- Wczesną wiosną 1943-go roku „przyszło mi do głowy” napisać list do amtskomisarza w Kuźnicy, że jestem synem „der ortodaxen Pastor in Kuźnica”, nie widziałem ich półtora roku i chciałbym ich odwiedzić. I o dziwo, mniej więcej po 3-ch tygodniach gospodarz mój otrzymał z Arbeitsamtu polecenie udzielenia mi 21 dni urlopu. Wykorzystałem go w m-cu maju. Podróż w obie strony trwała po 2 doby.
Na czas urlopu gospodyni zaopatrzyła mię w równowartość prowiantu suchego, również w wędliny; nastąpiło to w myśl zasady „Ordnung muss sein”. Przy okazji: roczny przydział mięsa na robotnika wynosił 32 kg.
- W m-cu kwietniu 1945-go roku przez cudzą głupotę spotkała mnie wielka przykrość. Mój ziomek z Kuźnicy znajdujący się w tej samej wsi w m-cu marcu obchodził urodziny. Nazwijmy go E-Ź. On poprosił, aby mógł skorzystać z mojej „sztuby” jako bardziej przydatnej do potańcówki, była ona bowiem większą od tej, którą miał u swego gospodarza.
Niedaleko naszej wsi, w odległej o 2 km Barmen istniała podziemna wytwórnia prochu, gdzie dla celów technologicznych stosowano spirytus metylowy. E-Ź zapowiedział, że od pracujących tam Rosjan otrzyma pewną jego ilość.
Pokoju swego mu użyczyłem, lecz udziału w poczęstunku odmówiłem, w ogóle do swego przecież pokoju nie wchodziłem. Wiedziałem bowiem, że pracujący w fabryce Rosjanie pili ten spirytus, na skutek czego zdarzały się wypadki śmierci lub ślepoty.
Na skutek poczęstunku, który zorganizował E-Ź, jeden z białorusinów PP został porażony ślepotą. Podkreślam, że używane w moich wspomnieniach, jak i na niniejszej stronie inicjały odpowiadają pierwszym literom autentycznych imion i nazwisk. Władze niemieckie zostały o tym powiadomione przez lekarza, w wyniku czego już na początku kwietnia 1945 E-Ź został aresztowany, a za kilka dni również i ja zostałem aresztowany i osadzony w Gestapo miasta Nienburg, około 20 km od Hassel.
Podczas przesłuchań dopytywano mnie o nazwiska osób, które dostarczyły spirytus. Ponieważ nie mogłem tego zapodać, nawet gdybym chciał, byłem bity i maltretowany.
Na czwarty dzień uwięzienia – po rozmyślaniach Bóg mnie natchnął, iż poprosiłem przesłuchującego, aby bez tłumacza zezwolił mi złożyć oświadczenie. Przesłuchujący na to przystał. W związku z czym oświadczyłem mu w przybliżeniu tak: „jestem synem księdza prawosławnego. Wychowany zostałem w duchu poszanowania prawa. Toteż wiedząc, że u E-Ź będzie poczęstunek ze spożyciem spirytusu, posiadanie którego jest niedozwolone, w ogóle w poczęstunku nie brałem udziału i nie znam uczestników. Być może niewłaściwie postąpiłem, że zgodziłem się na skorzystanie z mojej sztuby, lecz już nie jestem w stanie tego naprawić.”
Po tych wyjaśnieniach przestałem być maltretowany. Jeszcze przez parę dni pozostawałem aresztowany; wykonywałem przy gmachu Gestapo prace fizyczne, mianowicie przekopałem ogród i porąbałem drzewo. Na 8-my dzień zostałem zwolniony, co było rzeczą podziwu godną.
- Do luterańskiej Kirchy uczęszczałem bardzo rzadko, gdyż to nie jest świątynia mego wyznania. Przy tym ich nabożeństwa w porównaniu z prawosławnymi nie są ciekawe, „chwytające za duszę”, a i wnętrze świątyni z braku obrazów, chorągwi – wydawało mi się ubogie. Tym niemniej do Kirchy zawsze zachodziłem w Boże Narodzenie. Jako bowiem osoba muzykalna uwielbiam grę na organach, a ponadto podobają mi się niektóre niemieckie kolędy. Miałem ponadto wyznaczony obowiązek raz w miesiącu udać się na wieżę Kirchy, na przeciwko której mieszkałem, celem nakręcenia zegara, wymagało to sporego wysiłku fizycznego.
Siłą rzeczy nie miałem w Niemczech innych przeżyć religijnych poza tym, że czytałem codziennie jeden rozdział Ewangelii. Za okres 4-ch lat raz tylko byłem u spowiedzi i Komunii Świętej, to jest w czasie urlopu 1943 roku, gdy jeździłem z rodzicami do Nowego Dworu na odpust (Świętego Mikołaja, 9-go = 22 maja w/g nowego kalendarza). Mogłem tu bowiem przystąpić do spowiedzi u obcego księdza, ponieważ ojciec swojego syna nie może spowiadać. W pobliżu natomiast miejsca mego pobytu w Niemczech nie było cerkwi.
W parę dni po zwolnieniu mnie z gestapo, w trzeciej dekadzie m-ca kwietnia 1945-go roku teren, gdzie przebywałem na robotach został wyzwolony przez wojska angielskie. Korzystając z wolności obcokrajowcy rzucili się na rabunek niemców. Dzięki wychowaniu, jakie wyniosłem z domu, ja sobie na to nie pozwoliłem. Pracować jednak na niemców zaprzestałem.
W tym miejscu wspomnę o zabawnym epizodzie: przed wkroczeniem wojsk alianckich Niemcy w różny sposób ukrywali w ich pojęciu cenne przedmioty. Pewnego wieczora gospodarz polecił mi, abym z nim udał się do ogrodu, gdzie podał mi do zakopania niedużą, cynkową skrzynkę. Wykopałem dołek, skrzyneczkę zasypałem i zamaskowałem. Oczywiście – gospodarz prosił mnie o dyskrecje. Tuż po wyzwoleniu, powodowany ciekawością a nawet i obawą, że schowana została broń /wszak syn był oficerem/ – wykopałem tę skrzyneczkę aby zobaczyć co też ona zawiera. Okazało się, że była tam księga zawierająca nazwę krów, datę pokrycia i przez jakiego byka, datę wycielenia i płeć cielaka i tak dalej. Słowem okazało się to, co my dziś nazywamy księgą hodowlaną. Skrzynkę ukryłem z powrotem. Wiosek: Niemcy za najcenniejszą wartość uważali to, co jest niezbędne do prowadzenia prawidłowej produkcji. A nawiasem mówiąc: nawozy mineralne rozsiewano tam siewnikiem nawozowym. Jednak pewnego razu miała miejsce dostawa nawozu, który na wysiew siewnikiem nie nadawał się. Wśród bowiem pylistej masy znajdowały się liczne szczątki przypominające wyglądem spalone koście. Nawóz ten właśnie polecono wysiać ręcznie. Z perspektywy lat doszedłem do wniosku, że rozsiewałem szczątki ludzkie.
Wkrótce po wyzwoleniu rozpoczęły wśród nas swą działalność różne misje repatriacyjne: angielska, amerykańska, polska rządu londyńskiego, rządu Polski Wyzwolonej, misja radziecka. Każda z nich obiecała dobrobyt werbując wyjazd do swego kraju. Przy tym pierwsze trzy misje namawiały nie wracać tam gdzie rządzą komuniści, obiecując dobrą pracę i wysokie zarobki. Szczególny dobrobyt obiecała misja angielska w wypadku wyrażenia zgody podjęcia zatrudnienia na terenach kolonii.
Jednak moim jedynym celem był powrót do domu. W domu byłem bowiem wychowany w duchu obojętności do posiadania nadmiernych dóbr materialnych i oferowane propozycje mi nie imponowały. Stałem jedynie przed alternatywą, do jakiego obozu repatriacyjnego mam się zgłosić: Polski Wyzwolonej, czy radzieckiego. Ponieważ z obozu radzieckiego szybciej odprawiano do domu, udałem się w celach repatriacyjnych do obozu radzieckiego. Najbliższa przyszłość wykazała, że popełniłem poważny błąd. Tym niemniej z obozu w Barmen, o której to miejscowości wspominam na stronie 75 u dołu[23] – już nazajutrz żołnierze angielscy podstawili samochody, zaopatrzyli na kilka dni w żywność i papierosy, a my załadowaliśmy się do podróży. Przedstawiciele misji radzieckiej powiadali, że jedziemy „na rodinu” /do ojczyzny/. Jednak po przekroczeniu Łaby rzeczywistość okazała się zgoła inna:
- dowożono nas do porzuconych poniemieckich majątków, pociągiem, a nierzadko musieliśmy dochodzić po kilka km piechotą. Wielu repatriantów było porządnie obładowanych; niektórzy nieco starsi rosjanie wieźli ze sobą nawet brony, pługi, kultywatory i drobniejszy sprzęt rolniczy. Uwierzyli oni, że kołchozów już nie będzie, a wobec tego wieziony sprzęt przyda im się do pracy „na swoim”. Ten sprzęt, a inni porządnie obładowani, przy pierwszej konieczności marszu piechotą – dużo ładunków, całe wory i walizy musieli po prostu porzucić. Wniosek stąd taki, że przysłowie „kradzione nie tuczy” można uzupełnić: „rabowane też”.
- Wędrując przez terytorium niemieckie musieliśmy, gdzie się tylko dał – kosić łąki (sianować), potem kosić zboże, zwozić na klepiska i młócić.
- W połowie sierpnia znalazłem się na terenie potwornie zniszczonego Szczecina, skąd już naprawdę odprawiano repatriantów do domu. Jak sobie przypominam, obóz znajdował się w okolicy dworca kolejowego nazywanego „Scheune” tj. stodoła. Przed wypuszczeniem z wagonu weszło do środka dwóch żołnierzy radzieckich, uzbrojonych; trzem z pośród nas kazali iść ze sobą „na prowierku dokumientow” /sprawdzenie dokumentów/. Po kilku minutach oni wrócili; widocznie „prowierka” była dokładna, gdyż po powrocie nie mieli już na sobie kurtek skórzanych.
W Szczecinie też nie miałem szczęścia: z grupy przybyłych repatriantów oficer wybrał chyba blisko 30 osób, w tym i mnie; zaprowadził do jakiejś sali na trwające kilka godzin szkolenie posługiwania się karabinem oraz regulaminu służby wojskowej, przede wszystkim wartowniczej. Bezpośrednio po szkoleniu rozpoczęła się dla naszej grupy niesamowicie nudna, nieustanna służba wartownicza. Przez 10 dni „na okrągło” było na przemian: 2 godziny czuwania, 2 godziny warty, dwie godziny snu, dopóki nie zmieniła nas inna grupa „zwerbowana” w podobny sposób. Chroniliśmy magazyny, pilnowaliśmy obozu, zabraniając wchodzenia lub wychodzenia komukolwiek. Podczas konwojowania żywności na trasie do Stargardu Szczecińskiego widziałem martwych ludzi przy drodze. Kierowcy radzieccy mówili, że są to zmarli z głodu niemcy.
Po przysłowiowym dokonaniu „zmiany warty” zostaliśmy wreszcie zakwalifikowani do repatriacji na ojczyznę. Jednak przed wyjazdem byliśmy badani przez NKWD. Jeszcze dzisiaj posiadam odpowiedni dokument.
Sprawdzanie odbywało się w sposób następujący: jedna osoba wchodzi do gabinetu, a po dziesięciu minutach wychodzi i mówi „następny”. Było jednak kilka przypadków, że osoba która weszła – nie wracała, a następnego wywoływał jakiś oficer. Wszedłem i ja, kazano mi siadać i rozpoczął się dialog:
– oficer: zapytuje o personalia, datę urodzenia, imiona rodziców, miejsce urodzenia
Po tych wstępnych odpowiedziach przesłuchujący zajrzał do książki leżącej na biurku; prawdopodobnie był to skoroszyt zawierający tych, którzy w jakiejkolwiek formie współpracowali z okupantem /donosiciele, tłumacze/. Sowieci mieli swój wywiad. Nawet niedaleko miejscowości, gdzie zostałem wywieziony, był jeden człowiek ze wschodu, z którym przyjaźniłem się; tuż po wyzwoleniu objawił się w nowiutkim mundurze radzieckiego majora. Odwiedził mnie i w rozmowie dał do zrozumienia, że swoje zadanie wykonał.
– ja: udzieliłem stosownych odpowiedzi.
– oficer: „pochodzenie społeczne;”
-ja: „z tym jest gorzej, nie wiem co mówić;”
-oficer: „a niby dlaczego, czyżby twój ojciec jest obszarnikiem lub może kapitalistą?”
– ja: „jeszcze gorzej, bo mój ojciec to świaszczennik” (tak prawidłowo przetłumaczone słowo ksiądz brzmi w języku rosyjskich, a nie żaden „pop”.)
Dygresja: ubolewam, że w małej encyklopedii powszechnej AZ, wydawnictwo PWN, pod literą P na stronie 853 jest słowo „pop” z określeniem: nazwa duchownego w kościele prawosławnym. Brak natomiast pod literą K słowa „klecha”, a wiemy co ono oznacza. Ja zresztą nigdy go nie używam. Jeśli nie lubię być obrażany, to sam też nie będę kogokolwiek obrażał.
– oficer: „ale jesteś dziwak. Od wybuchu wojny duchowni to są u nas pierwsi ludzie. Teraz mamy pełną swobodę religii, gdyż duchowni w czasie wojny podsycali w narodzie poczucie patriotyzmu, zbierali fundusze na uzbrojenie armii i ty z ojcem będziecie u nas najpotrzebniejszymi jednostkami. Kieruję ciebie do miejscowości Ostrów, gdzie się urodziłeś.”
– ja: „w Ostrowiu od dzieciństwa nie byłem, nikogo tam nie mam i nie znam. Proszę mnie skierować do Kuźnicy, tam gdzie są moi rodzice.”
Dygresja: w tym czasie jeszcze nie wiedziałem o istnieniu niepodległej Polski, a tym bardziej nie wiedziałem, że Kuźnica należy do jej terytorium.
– oficer: „dobrze, niech i tak będzie.”
Na drugi dzień, 26 sierpnia 1945 roku dostałem stosowny dokument. Sama treść pieczęci nagłówkowej tego dokumentu świadczy o celu badania. Ta treść brzmi: „NKWD. ZSRR sprawdzająco-filtracyjny punkt m. Szczecin”, zaś na pieczęci okrągłej: „Sprawdzająco-Filtracyjna Komisja NKWD ZSRR pieczęć nr 139”. W tym-że dniu nastąpiło indywidualnie zaopatrzenie w suchy prowiant, po czym kilkaset osób załadowano z rzeczami do samochodów ciężarowych i kolumna ich, chyba ze 20 ruszyła na wschód. Kierowcami byli żołnierze plus ochrona, dowódcą kolumny był oficer. Podróż przebiegała według następującego schematu: w południe miał miejsce mniej więcej dwugodzinny postój. Rozchodziliśmy się po okolicy w poszukiwaniu wody i drewna, czasem wygrzebało się parę kartofli. W puszce od konserw gotowano krupę, gdyż niczego innego nie otrzymaliśmy, nawet soli. Po przerwie ruszaliśmy w dalszą jazdę trwającą aż do wieczora, kiedy to znów następowało szukanie wody, drzewa, gotowanie krup i wreszcie nocleg na gołej ziemi „pod chmurką”. Rano śniadanie /znów krupy/ i podróż aż do południowego postoju. I tak dzień po dniu, z dala od miejscowości zamieszkałych aż do znudzenia.
Oczywiście samochody były wyeksploatowane, często się psuły, przy czym jeśli jeden wóz nawalił, wówczas cała kolumna nań oczekiwała. Nic zatym dziwnego, iż jeśli ze Szczecina wyjechaliśmy 26.VIII, to dopiero w dniu 9.IX.1945 wieczorem nasza kolumna przybyła do Białegostoku. Rano, 10.IX zgłosiłem się do dowódcy kolumny z prośbą o zwolnienie z transportu, gdyż niecałe 60 km mam do domu. Ten zaś powiada: „zobacz jak jesteś ubrany.”
Faktycznie miałem na sobie saperki i nadpalony niemiecki płaszcz, a w worku ubranie robocze i parę koszul, które dali mi na drogę gospodarze.
I powiada on dalej: „A czy ty masz żywność, pieniądze? A widzisz, nie masz. A my pojedziemy do Wołkowyska /ponad 150 km/, tam cię ubierzemy, obujemy, zaopatrzymy w żywność i pieniądze i wrócisz do domu. A tak co? Zajedziesz do domu, a tam rodzina powie, że Armia Czerwona przywiozła jak żebraka.”
Rozmowę tę słyszał jakiś miejscowy człowiek i po jej zakończeniu rzekł mi: „panie, oni was okłamują. Do Wołkowyska to oni was zawiozą, ale stamtąd nie do domu, lecz na tak zwane „pierewospitanije” (to znaczy jakby „wychowanie na nowo”), co oznacza parę lat pozbawienia wolności. Ja tu niedaleko mieszkam, dawaj pan swój pakunek i w pewnej odległości z blaszanką idź pan za mną niby po wodę”.
Usłuchałem go i znalazłem się w jego domu. Pamiętam, że to była ulica Sowlańska. Po ikonach poznałem, że mieszkają tu prawosławni ludzie. Powiedziałem im kim jestem i dokąd się udaję. Oni zaś powiedzieli, że w Kuźnicy jest granica państwa, lecz sama Kuźnica jest przed, czy za granicą – niewiadomo.
Zaopiekowano się mną, doznałem prawdziwej rozkoszy: cały się wykąpałem w nagrzanej wodzie, zmieniłem bieliznę, napiłem się gorącej herbaty z jajecznicą, a właściciel mieszkania postawił nawet ćwiartkę – oczywiście samogonki. Wniebowzięty zaś poczułem się, gdy w komórce znalazłem się w prawdziwym łóżku, pod kocem, z głową na poduszce. Zapowiedziano mi, że komórkę zamykają na klucz, gdyż tam gdzie się ten dom znajdował, często przyjeżdżają transporty repatriacyjne i brakujących osób czasem się poszukuje.
Dnia 11-go września właściciel tego domu:
- zaprowadził mnie na stację kolejową. Na peronie zobaczyłem „rozkład jazdy pociągów osobowych Białystok-Kuźnica Białostocka” poniedziałek, środa, piątek i niedziela, zapodano godziny przyjazdów i odjazdów. Okazało się, że pociąg do Kuźnicy mam dopiero nazajutrz;
- zaprowadził do Konsystorza. Grodno było już na terytorium ZSRR, a dekanat sokólski, w tym parafia Kuźnica należały do diecezji białostocko-gdańskiej. W Konsystorzu przedstawiłem się i wyjaśniłem, skąd wracam, gdzie się udaję. Ksiądz staruszek – Huszkiewicz[24] – oznajmił, że ojciec i matka żyją w Kuźnicy. Tam jest granica, ale Kuźnica jest „na naszej stronie”. W lipcu 1944r w wyniku działań wojennych cerkiew została spalona, pobudowano tymczasową. Dziadkowie w Sokółce również żyją. Zapytał też, czy nie potrzebuję jakiejkolwiek pomocy, za którą podziękowałem, oświadczając że mam opiekę.
- Dobry człowiek znów zaprowadził mię do domu, udzielił schronienia przez drugą noc, a raniutko 12 września 1945 r zaprowadził na stację kolejową, zafundował bilet i dopilnował, abym wsiadł do pociągu – wagony towarowe.
Tak oto czuwała nade mną Opatrzność: będąc wywieziony na przymusowe roboty po prawie 4-ch latach zostałem żywy; uniknąłem najgorszego losu będąc w łapach „Gestapo”. Opatrzność posłała mi dobrą duszę, dzięki której uniknąłem dalszej podróży do ZSRR „na ponowne wychowanie”. Wreszcie dzięki opiece Najwyższego dnia 12 września 1945 roku wróciłem do rodziny.
Znowu w Kuźnicy, ale już Białostockiej
Tam, gdzie znajduje się posesja cerkiewna, zamiast pagórka z wysoką wieżą i 5-cioma kopułami cerkwi, otoczonej zielenią – zastałem straszny widok pogorzeliska. Zamiast pięknych drzew – osmalone kikuty, w tym spalone dwie topole o średnicy ponad metr, jedna była z bocianim gniazdem.
Tymczasową cerkiew pobudowano z rozebranej stodoły oraz budulca przygotowanego jeszcze przed wojną na poszerzenie plebanii. Wewnątrz jednak ta cerkiew była ładnie udekorowana, prześlicznie wypieszczona, słowem należycie dopatrzona.
Powitanie z rodzicami było serdeczne, bez nadmiernej jednak wylewności, jako że nasz ród jest reprezentowany przez przedstawicieli o zrównoważonym charakterze, o silnej woli (nie równać z oślim oporem), charakteryzującymi się we wzajemnych stosunkach: szacunkiem dla starszych, ograniczoną wyrozumiałością dla młodszych.
Opowiedziałem rodzicom swoje przeżycia, a na koniec swojej relacji musiałem dla matki dać słowo, że nie mordowałem Niemców. Po zakończeniu bowiem wojny w niektórych nawet o wyższym poziomie intelektualnym środowiskach ukształtowało się stanowisko, że w ramach odwetu każdy wywieziony na roboty przymusowe winien zamordować chociaż jednego niemca.
Następnie opowiedzieli rodzice, jak im się żyło za okupacji. Wyrazili oni pogląd, że w Kuźnicy Niemcy delegowani do sprawowania władzy byli względnie niezłymi ludźmi. Może tak było dlatego, że w okolicach nie miały miejsca akcje dywersyjne, w związku z czym panował względny spokój. Jako kapłan, ojciec w odróżnieniu od innych jednostek miał względny autorytet. Dlatego też bez przeszkód odprawiał nabożeństwa; pomimo istnienia godziny policyjnej czyniono wyjątek i zgodnie ze zwyczajem w wyznaniu prawosławnym zezwalano na Wielkanoc rozpoczynać nabożeństwo przed północą.
W szczególności autorytet ojca był zaangażowany w uratowanie życia dla 6-ludzi, a mianowicie:
- W wydawanym w Białymstoku Kurierze Podlaskim nr 50 (1209) z dnia 11-12-13 marca 1988r. na 11-stronie została opisana tragedia wsi Milenkowce /należy do Kuźnicy/, która miała miejsce latem 1943 roku. Faktem jest, że z tej wsi rozstrzelano kilka osób, w tym co najmniej 4-ch prawosławnych parafian. Prawdą też jest, że po wykopaniu dołu dla 2-ch osób udało się zbiec, w tym jedną osobą prawosławną był Wincenty Turko. W tym artykule napisano, że uciekinierzy musieli ukrywać się do wyzwolenia, a wymieniając rolę mojego ojca ograniczono ją do stwierdzenia, że zwłoki rozstrzelanych „dopiero w czerwcu 1944 r przy udziale księdza prawosławnego przewieziono na cmentarz prawosławny w Kuźnicy Białostockiej.”
Jest to prawda i nieprawda. Prawdą jest fakt pochowania zwłok. Być może prawdą też jest, że jeden z uciekinierów musiał się ukrywać. Nieprawdą natomiast jest, że Wincenty Turko musiał ukrywać się do wyzwolenia. Angażując swój autorytet duchownego ojciec udał się do komendanta żandarmerii w Kuźnicy i wyjaśnił mu, że Turko obwiniony o to, jakoby jest partyzantem – wcale nim nie jest. Zna go od wielu lat jako przykładnego parafianina uczęszczającego regularnie do świątyni, rok rocznie przystępującego do spowiedzi, przy czym jest on przedstawicielem wsi w Komitecie Parafialnym, toteż udziela zań poręczenia i prosi o umożliwienie mu normalnego życia.
Komendant z Kuźnicy wyjaśnił, że nie może nic uczynić, gdyż wieś Milenkowce terytorialnie podlega pod Nowy Dwór. O tej miejscowości wspominam na stronie 77– dolna część[25]. Ojciec poprosił go przeto o umożliwienie spotkania się z tamtejszym komendantem. I rzeczywiście, po paru dniach przybyli na plebanię obaj komendanci, ojciec ponownie scharakteryzował sylwetkę Turki Wincentego i udzielił zań „poręczenia swoją głową”. Komendant z Nowego Dworu wysłuchał ojca i powiedział: „dobrze, przekażcie dla Turki, niech spokojnie pracuje”. Turko do przekazanej przez ojca wiadomości odnosił się z rezerwą. Raz jednak przez tego komendanta był zastany w domu, który mu rzekł, że „pastor za ciebie poręczył, więc spokojnie pracuj, ale nie spraw mu zawodu”.
Jeszcze przed datą umieszczenia artykułu w Kurierze Podlaskim byłem w Kuźnicy 14.IX tj. 27.IX.1987 wg nowego kalendarza na Podniesienie Krzyża Pańskiego, tj. na odpuście. Nie wiedziałem nic, że artykuł będzie opublikowany; ot poprostu spotkałem się z Turko Wincentym, wspominaliśmy przeszłość i nie żyjącego już wówczas ojca. W swoim opowiadaniu Turko potwierdził moją wersję. Dodał też, że „na wszelki wypadek” dla udokumentowania jego postawy religijnej zostało mu przez ojca wystawione zaświadczenie, które posiada do dzisiaj.
Wyjaśnienie: przed wyjazdem do Niemiec pozostawiłem ojcu kilka szablonów zaświadczeń w języku niemieckim, które w zależności od potrzeb wystawiał wiernym.
- W Wielki Piątek 1944 roku ojciec udał się do Kuźnicy po lekarstwo. Wracając przechodził obok posterunku żandarmerii, gdzie spotkały go parafianki i rzekły: „batiuszka ratujcie, naszych mężów aresztowali”. Ojciec wszedł na posterunek, gdzie umożliwiono mu widzenie z komendantem. Na jego zapytanie o co są oskarżeni jego parafianie – komendant niezbyt spokojnym tonem oświadczył, że mieszkańcy wsi Łowczyki oskarżyli 5-ciu ludzi z Długosielc o przynależność do partyzantki. Na to ojciec rzekł: „panie komendancie! We wsi Łowczyki nie ma ani jednego prawosławnego, a obwinia się ludzi z zupełnie innej wsi, moich parafian, wyłącznie prawosławnych. Czy to o niczym panu nie mówi? A proszę mi tych ludzi okazać, ja o każdym powiem kto on jest i dam charakterystykę”.
Komendant kazał owych 5-ciu ludzi przyprowadzić. Ojciec każdego z nich nazwał po imieniu i nazwisku, wyszczególnił sytuację rodzinną i materialną, określił stosunek do wiary. Mówiąc zaś o ostatnim z nich dodał: „a ten jest w niesamowitej nędzy i nie zdziwię się, gdy się okaże, iż nie ma na sobie koszuli”. Dodał też, że za owych 5-ciu ludzi ręczy głową w tym Świętym Dniu Wielkiego Piątku. Komendant nic nie mówiąc podszedł do tego ostatniego, rozpiął mu marynarkę i aż się zdziwił: człowiek ten naprawdę nie miał na sobie koszuli. To chyba przesądziło o losie tych ludzi, gdyż w obecności ojca kazał niezwłocznie zwolnić ich do domu.
Te wypadki świadczą o zgodnej z Ewangelią postawie ojca: „nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś położy duszę swą za przyjacioły swoje”[26]. Ojciec zawsze służył ludziom, lecz nigdy nie ubiegał się o własny interes. Nikogo o nic nie prosił, gdy na przymusowe roboty wywożono w 1941-roku mnie, a w 1944-tym roku brata. /Ten ostatni pracując przy budowie i naprawie linii kolejowych znalazł się w Jugosławii, gdzie uciekł i został wcielony do wojska angielskiego. Do kraju nie wrócił, w Anglii się ożenił i żyje tam do dziś dnia./
W dniu 24 VII 1944r. teren Kuźnicy został wyzwolony. Nie dla wszystkich jednak nastał czas oddechu i spokoju. Już na stronie 86-tej mówiłem, że na okupacji hitlerowskiej na terenie Kuźnicy nie miały miejsca akty masowych represji. Natomiast wkrótce po wyzwoleniu ludność prawosławna odczuwała terror ze strony tych, którzy deklarowali się, iż są żołnierzami Armii Krajowej. W porze nocnej wdzierali się do mieszkań i kazali „kacapom wynosić się do Rosji albo was powyrzynamy”. Odwiedziny takie połączone były z rabunkiem lepszych ubrań, obuwia, pościeli, kożuchów, a z żywności przede wszystkim słoniny. Dlatego osobników takich powszechnie zwano „słoninniki”[27]. Stosowano też nakładanie kontrybucji, to jest wyznaczenie terminu do przygotowania określonej sumy gotówki, którą następnie odbierano.
Nasz dom również był odwiedzany. Na polecenie wynoszenia się do Rosji ojciec odpowiadał, że Bóg powierzył mu posłannictwo służenia ludziom i na parafii pozostanie tak długo, jak długo będzie tu chociaż jeden parafianin. Pamiętam takie odwiedziny 3-go XI 1945-go roku, kiedy to nam zrabowano: do ostatniego kawałka słoninę, bieliznę matki, harmonię którą posiadał mój brat, moje ostatnie koszule przywiezione z Niemiec, kożuch ojca który nakładał w razie potrzeby wyjazdu na wieś – furmanką z braku innych środków lokomocji.
W podobny sposób terroryzowany był również mój przyszły teść we wsi Łosośna.
Stosowano też bicie i mordowanie ludności prawosławnej. W tejże wsi Łosośna, w rodzinie Korniej tak skatowano dorosłego chłopca, że po kilku miesiącach wyzionął ducha. W tejże wsi osobnicy deklarujący się AK-owcami wymordowali całą rodzinę o nazwisku Czeremcha[28].
Wiele jednostek i całych rodzin nie wytrzymało terroru i opuściło parafię: jedni wyjechali na Ziemie Odzyskane, inni do Związku Radzieckiego.
W tych ciężkich czasach ojciec musiał zaznać innej goryczy. Wiosną 1945-go roku został on aresztowany sam nie wie przez kogo: Urząd Bezpieczeństwa czy NKWD, bowiem w instytucji, w której był przetrzymywany, byli funkcjonariusze i w polskich, i w radzieckich mundurach. Siedząc w celi z ludźmi wyznania rzymsko-katolickiego ojciec ze strony współwięźniów odczuwał szacunek. Kilkanaście osób – cała cela przerywała rozmowy, gdy ojciec rano i wieczorem stawał na kolana i odprawiał ciche modlitwy. Dowiedziawszy się, że niektórzy po kilka tygodni od aresztowania nie byli przesłuchiwani i nie postawiono im zarzutów – ojciec rozpoczął głodówkę i przynoszącym pożywienie funkcjonariuszom wyraźnie oświadczył, że odmawia jedzenia.
Pewnego dnia otrzepując swą sutannę, za podszewką ojciec wyczuł dotykiem jakiś okrągły przedmiot. Zaciekawiony i z nudów zaczął go powoli przesuwać w kierunku kieszeni i przez rozpruty otwór wydostał medalionik, właściwie miniaturową w kształcie elipsy 3×3,8 mm ikonkę ze srebrną okrywą, z wizerunkiem swego Patrona św. Sergiusza z Radoneża. Jeszcze w okresie międzywojennym, podczas dokonywania zakupu świec i wina mszalnego w składzie diecezjalnym w Grodnie, obsługujące zakonnice rzekły: „Ojcze Sergiuszu! W naszym składzie natrafiłyśmy na ikonkę Waszego Patrona św. Sergiusza. Na znak szacunku darujemy ją wam; przyjmijcie ją i niech św. Sergiusz was chroni”. Ojciec podziękował, a po powrocie do domu nie mógł jej znaleźć. Po kilku zaś latach odnajdując rzecz uznaną za straconą ojciec święcie uwierzył, że jest to dobry znak. I rzeczywiście dnia następnego rano ojcu zakomunikowano, że z nim będzie rozmawiał major Własow. Już w czasie śniadania zaprowadzono go do prywatnego mieszkania, które znajdowało się obok urzędu. Przyjął go mieszkający tu major i między nim a ojcem miała miejsce mniej więcej taka rozmowa:
Major: powiedzcie mi, dlaczego nie przyjmujecie posiłków?
Ojciec: ponieważ państwowy chleb mi nie odpowiada. Gdybym jadł, wówczas ze mną nie rozmawialibyście, a tak to przynajmniej mam zaszczyt być przez was przyjętym.
Major: powiedzcie, za co was aresztowano?
Ojciec: to pytanie raczej ja powinienem postawić.
Major: wpłynął donos, że współpracowaliście z niemcami.
Ojciec: panie majorze, niech mi pan odpowie na pytanie: narodowość niemiecka liczy kilkadziesiąt milionów ludzi. Czy wszyscy oni są drańmi, czy też wśród nich są porządni ludzie?
Major: oczywiście, jak w każdym narodzie, tak niewątpliwie i wśród niemców wiele jest porządnych ludzi.
Ojciec: o to mi właśnie chodzi. A więc proszę sobie wyobrazić, że w Kuźnicy Niemcy u władzy byli w miarę porządnymi ludźmi. Na swój sposób jeśli nie szanowali, to przynajmniej uznawali autorytet księdza. A dzięki wykorzystaniu tego autorytetu udało mi się uratować życie dla kilku parafian. A czy pan major zdaje sobie sprawę z tego, czym ja ryzykowałem ręcząc za nich? A gdybym nie wstawił się za tymi ludźmi i oni zginęli, czy wówczas przed wami byłbym czysty? Moje kapłańskie sumienie nakazywało ratować tych ludzi, a jeśli na tym polega współpraca z okupantem, to ja odmawiam dalszych wyjaśnień na ten temat.
Major: jaka jest wasza rodzina?
Ojciec: obecnie sam nie wiem. W domu została żona. Dwóch synów wywieziono na przymusowe roboty i nie wiem, czy oni żyją.
Major: jakże to jest, innym ratowaliście życie, a dla własnych synów nie załatwiliście tego, by ich nie wywieziono.
Ojciec: jestem kapłanem i służę ludziom, o własny interes nie dbam.
Major: aresztowano was na podstawie donosu. Zrozumiałem was i waszym wyjaśnieniom wierzę. Proszę iść na wartownię i powiedzieć, że major Własow kazał was zwolnić.
Uwagi autora.
- Obok cech bogobojności, bezinteresowności materialnej, bezgranicznej uczciwości ojciec był człowiekiem wielkiej odwagi cywilnej, silnej woli, bardzo zrównoważony, ale też nieco przekorny. W związku z tą ostatnią cechą, w stosunkach z władzą nigdy nie używał zwrotów „towarzysz, obywatel”.
- W moich wspomnieniach niektóre epizody przekazuję w formie dialogu. Jestem po prostu zdania, że taka forma bardziej wiernie odzwierciedla zdarzenia.
Treść dialogów chociaż nie dosłowną, ale w miarę wierną co do treści zapodaję stąd, że opowiadania ojca słuchałem wielokrotnie przy spotkaniach ze znajomymi, przy biesiadach z przyjaciółmi – kapłanami.
Po powrocie z Niemiec, a przebywając w Kuźnicy miałem dwa kontakty natury urzędowej: pierwszy raz przy okazji dopełnienia obowiązku meldunkowego w Urzędzie Gminnym a drugi raz w WKR Sokółka, gdzie z mocy ogłoszenia bez specjalnego wezwania stawiłem się na wojskową komisję poborową, zostałem ujęty do ewidencji i przeniesiony do rezerwy.
Poza tym przebywałem w domu. Pracowałem fizycznie, to jest samodzielnie uprawiałem kawałek gruntu parafialnego, zniszczone wojną drzewa piłowałem i rąbałem, doglądałem przydomowy ogród. W niedziele i święta śpiewałem w chórze, w poniedziałek lub po święcie sprzątałem cerkiew.
Odstępstwem od codziennej monotonii było zdarzenie, które w sposób istotny w niedalekiej przyszłości miało zaważyć na moim życiu. Nasza rodzina pozostawała w bardzo bliskich stosunkach z rodziną parafianina Aleksandra Niedzielin – byłego opiekuna cerkiewnego, zamieszkałego we wsi Łosośna, 4 km od Kuźnicy. Ta rodzina była dla nas zawsze życzliwa, na dobre i na złe. W m-cu październiku 1945-go roku w rodzinie Niedzielina była wydawana za mąż jego pasierbica. Po udzieleniu ślubu na wesele zostałem zaproszony i ja.
W naszej rodzinie jako element wychowania panowała zasada, że dzieci niezależnie od wieku na oddalenie się z domu musiały mieć pozwolenie rodziców z ustaleniem, do której godziny należy wrócić do domu. Na wesele rodzice mię puścili ze słowami: „możesz na parę godzin pojechać”. Tym razem zamiast paru godzin, do domu wróciłem dopiero po 3-ch dniach. Stało się tak dlatego, że na weselu w oko mi wpadło dziewczę dosyć gładkie, z długimi jasnymi włosami, czerwoną buzią, niebieskimi oczyma, a nóżkami jak malowane. Spotkałem się z wzajemnością i chętnie ze sobą przebywaliśmy. Nie czyniliśmy nic złego, gdyż w ramach wychowania wpojono mi w domu określone zasady postępowania moralnego. Przyznam się natomiast, że parę całusów się ukradło. Te dziewczę – to córka Niedzielina – Anna, trzy lata młodsza ode mnie. Po skończeniu 4-tej klasy szkoły powszechnej, jako jedno z licznego żyjącego potomstwa matki Marii /4-ro po pierwszym mężu, 6-ro po drugim, Niedzielinie/ została ona wzięta na wychowanie, utrzymanie i dalszą naukę do swej cioci Olgi Bielajewej w Wołkowysku, wdowy po carskim oficerze, a w okresie międzywojennym – pomnikarzu. Wiosną 1945 roku przygodnym samochodem ciężarowym panna Anna przybyła z Wołkowyska odwiedzić w Łosośnie rodzinę. W czasie jej pobytu została ustalona i „zamknięta” granica państwowa; w ten sposób została ona w Polsce. Od tego czasu w niedziele moje nogi kierowały się do Łosośny. W m-cu czerwcu 1946 roku oświadczyłem się; oświadczyny zostały przyjęte.
W tym samym miesiącu przybył do nas z Sokółki opiekun cerkiewny Kuźmin Józef. Oświadczył on, że z Sokółki wyjechał do ZSRR psalmista (odpowiednik organisty – przyp. autora). W związku z tym Proboszcz Jerzy Mackiewicz, ojciec mojej matki, schorowany i już w podeszłych latach pozostał bez pomocy. Kazał przeto memu ojcu przekazać, iż „jeśli zięć chce, aby jego teść pożył jeszcze parę lat, to niechaj przeprowadza się do Sokółki i przejmie na siebie część obowiązków”.
Rodzice moi zżyli się z parafianami w Kuźnicy. Zaprzyjaźnili się z nimi na dobre i na złe. Obdarzeni byli takim szacunkiem, jaki okazać może prosty, może nie okrzesany człowiek, ale o wysokiej kulturze ducha. Za 13 lat pobytu na tej parafii wszystkich dorosłych, a nawet wielu podrostków znali z imienia i nazwiska. A że przy tym nie mieli wielkich wymagań w sensie gromadzenia dóbr materialnych, życie w Kuźnicy w zupełności im odpowiadało. Nieważnym było, że na skutek oddzielenia 2-ch wsi z pośród 14-tu do ZSRR, wypędzenia przez rzekome a może autentyczne AK części parafian na Z.O.[29] lub ZSRR – parafia licząca ponad 1200 dusz zmalała do niecałych 600. Ważnym zaś było to, że była to jedna wielka rodzina, a mój ojciec jej głową i niekwestionowanym przywódcą.
Wobec jednak takiego postawienia sprawy przez dziadka jak na początku niniejszej strony, z autentycznym żalem należało pozostawić Kuźnicę. Decyzją Ś.P. Jego Ekscelencji Tymoteusza, Biskupa Białostockiego i Gdańskiego (w przyszłości Metropolity Warszawy i całej Polski) – rezolucja Nr 747 – z dniem 19 czerwca 1946-go roku ojciec zostaje przeniesiony na wikarego do Sokółki, a parafianie z Kuźnicy dla celów przeprowadzki użyczyli bezinteresownie podwody i robocizną. Rozpoczął się ostatni etap życia moich rodziców, a jak czas pokazał chyba również i mojego.
Miasto Sokółka
Nadszedł moment, w którym należą się wspomnienia o mojej matce. O niej wzmiankowałem na stronie 10 i 11 niniejszych wspomnień[30]. Charakteryzując jej sylwetkę jest mi wiadomym, że uczyła się ona w Mińsku. Mieszkała u swojej cioci /siostry matki/ Wiery. Ukończyła gimnazjum rosyjskie, w którym jednym z przedmiotów obowiązkowych była muzyka z uwzględnieniem dyrygentury chórem. Toteż umiała ona dobrze grać na fisharmonii, bardzo dobrze znała nuty, miała niekwestionowane umiejętności analizy partii nutowych i dyrygowania chórem. Co prawda niektórzy domorośli śpiewacy w Sokółce, nie umiejący odróżnić klucza skrzypcowego od basowego, posiadający co najmniej wątpliwej prawidłowości słuch mieli na ten temat „swoje odrębne zdanie”. W związku z zaś z tym zdaniem warto wiedzieć, co ono jest warte wobec faktu, że w okresie międzywojennym jeden z członków chóru cerkiewnego w Kuźnicy, niejaki Paweł Surmacz miał łady głos i absolutny słuch. Pochodził on ze wsi Bakuny – obecnie ZSRR. Otóż rodzice przygotowali go do egzaminu na psalmistę: ojciec z podstawowych zagadnień religii, teologii, czytania i pisania po słowiańsku oraz porządku nabożeństw, matka zaś z muzyki, śpiewu i dyrygowania chórem. Przed komisją egzaminacyjną przy Konsystorzu w Grodnie tenże Paweł Surmacz zdał egzamin na psalmistę z wynikiem dobrym, w tym ze śpiewu otrzymał ocenę 4+, a dyrygowanie chórem musiał zdać praktycznie w cerkwi podczas nabożeństwa.
Tak jak i ojciec, matka była głęboko wierząca, bezgranicznie uczciwa, bezinteresowna, może nieco impulsywna. Przez całe życie była wierną towarzyszką swoego męża. Ot chociażby w 1933 roku podczas jego choroby w Wilnie (str.31) ani na krok go nie odstąpiła. Powiedziała wręcz lekarzom, że będzie na schodach szpitala warowała, a nigdzie stąd nie oddali się. Lekarze w końcu machnęli ręką a matce został wydany fartuch i w tej sali, gdzie leżał ojciec – na cały czas jego pobytu w szpitalu dobrowolnie stała się bezpłatną salową.
W niektórych parafiach, gdzie był ojciec, przez wiele lat pełniła ona funkcję psalmisty, a konkretnie w parafiach:
Łonowo – Słobódka lata 1926-29;
Kuźnica lata 1933-46;
Sokółka lata 1946-77;
Wspólnie z ojcem dzieliła radości, razem przeżywała troski. Za swe zaangażowanie w życie cerkiewne, a przede wszystkim za organizację chórów uhonorowana została Dyplomem z Błogosławieństwem Biskupa (pismo Duchownego Konsystorza Prawosławnego w Grodnie Nr 4245 z dnia 16.IX.1936r) oraz Orderem III-go stopnia Świętej Marii Magdaleny nadanym przez Synod Biskupów Kościoła Prawosławnego w Polsce (akt Nr 13 z dnia 16.IX.1936r). Ponadto w Kuźnicy za sowietami (1939-41) była nauczycielką języka rosyjskiego i śpiewu. Zmarła ona 7.VIII.1979 roku a więc w wieku 78 lat. Jak na osobę świecką, pogrzeb jej był nad wyraz uroczysty, z udziałem 11 księży i uczestnictwem Arcybiskupa Białostockiego i Gdańskiego Nikanora /Niesłuchowskiego/.
Chociaż nieco odbiegłem od tematu, sądzę że tych kilka zdań należało się pamięci matki. Jeśli jej umierającej nikt z parafian nie odwiedził, to niech przynajmniej pamięć o niej zachowują wspomnienia syna. Osoba matki wiążę się zresztą z przeniesieniem naszej rodziny do Sokółki: ona wzięła na się ciężar prowadzenia niewdzięcznego chóru, ojciec odprawiał nabożeństwa i spełniał posługi religijne, a w związku z tym dziadek mógł odetchnąć. Nominalnie jednak pozostawał proboszczem, a przy tym pełnił funkcję Dziekana Prawosławnego Okręgu Sokólskiego. Nabożeństwa odprawiał w miarę życzenia.
Gdy już znaleźliśmy się w Sokółce, rodzice najbliższej niedzieli jeszcze raz udali się do Kuźnicy odprawić mszę pożegnalną. Ja natomiast tejże niedzieli asystowałem dziadkowi jako psalmista w odprawieniu nabożeństwa, zaś nazajutrz pojechałem z nim do wsi Nowowola, gdzie na miejscowym cmentarzu pochowaliśmy parafianina Kuklicza zamordowanego przez osobników deklarujących się jako AK-owcy. Nadal jednak, aż do ślubu co niedziela jeździłem do Kuźnicy służyć nowemu proboszczowi jako psalmista w odprawianiu nabożeństw no i zobaczyć się ze swoją narzeczoną.
Zaszła konieczność zastanowienia się nad moją przyszłością. Nieobca była nam propaganda traktująca m.in. „o walce klasowej, o wrogach ustroju i kontrrewolucji” i innych sloganach. W związku z tym doszliśmy do wniosku, że nie mam jakichkolwiek szans powodzenia w oparciu o instytucje uspołecznione. Moje bowiem pochodzenie społeczne, nawet w ówczesnym rozpragowywanym ustroju równości praw i sprawiedliwości – stawiało mnie w rzędzie obywateli wręcz niepożądanych. W takiej przy tym sytuacji politycznej matka kategorycznie sprzeciwiła się temu, abym poszedł w ślady ojca; zresztą od lat obserwując na codzień życie duchownego prawosławnego w naszym środowisku, wcale nie miałem powołania do stanu kapłańskiego.
[1] Pisownia oryginalna; autor pisząc o narodowościach używa małej litery. Wszystkie przypisy pochodzą od Anety Prymaki-Oniszk
[2] Nawiązanie do strony w rękopisie; tu – odnosi się do pierwszego akapitu aktualnej strony
[3] Dotyczy rękopisu. Tu: str. 4
[4] Dotyczy rękopisu, tu – str. 4
[5] Dotyczy rękopisu, tu – str. 4
[6] Dotyczy rękopisu
[7] Marian Zyndram-Kościałkowski – polski działacz niepodległościowy i polityk z dwudziestolecia międzywojennego, związany z obozem piłsudczykowskim, w latach 1930-34 wojewoda białostocki, od października 1935 do maja 1936 – premier RP.
[8] Dotyczy rękopisu; tu: stron 11.
[9] Dotyczy rękopisu – nawiązanie do załączonego tu drzewa genealogicznego
[10] Chodzi o pogrom Żydów w Grodnie z 7 czerwca 1935. Więcej informacji: https://www.jewishbialystok.pl/Pogrom–7-czerwca-1935-Grodno,5542,3272
[11] Więcej: https://pl.wikipedia.org/wiki/Wiktor_Potrzebski
[12] Na wysokości tego punktu, na sąsiedniej (pustej) stronie rękopisu, widnieje ołówkiem dopisany komentarz autora “Nauczycielem muzyki i śpiewu był pan prof. Kuza, potężne chłopisko, nie przebierający w słowach.”
[13] https://pl.wikipedia.org/wiki/Czes%C5%82aw_Wo%C5%82%C5%82ejko
[14] Kler prawosławny w kontaktach z wiernymi posługiwał się najczęściej językiem rosyjskim; ludność miejscowa w okolicach Kuźnicy między sobą – gwarami języka białoruskiego. W tym języku na co dzień rozmawiała ze sobą zarówno ludność prawosławna jak i katolicka.
[15] Dziś znajduje się za granicą, na terenie Białorusi.
[16] Zygmunt Wycke, inspektor szkolny na obwód sokólski z siedzibą w Sokółce.
[17] Dotyczy rękopisu; tu – strona 13.
[18] Dotyczy rękopisu; tu str. 22, akapit 3
[19] “Zavtra była vojna” – radziecki dramat wojenny z 1987 roku w reżyserii Jurija Kary, uznawane za jedno z ciekawszych dokonań rosyjskiego „kina rozrachunkowego”
[20] Dotyczy rękopisu; tu strona 25
[21] Dotyczy rękopisu; tu: strona 12.
[22] Dotyczy rękopisu; tu stona 20
[23] Dotyczy rękopisu; tu – strona 38.
[24] Prawdopodobnie chodzi o ks. Józefa Guszkiewicza (1889-1952); w latach 1918-21 pełnił funkcję dziekana białostockiego, w latach 1921-21 był dziekanem sokólskim; potem znów służył w białostockich parafiach; pochowany na cmentarzu Białystsok-Wygoda.
[25] Dotyczy rękopisu; tu – strona 38
[26] „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (Jana 15:13, Biblia Tysiąclecia, wydanie V)
[27] W lokalnej białoruskiej gwarze brzmiało to: „sałaninniki”, od „sała” – słonina.
[28] 28 maja 1945 roku w Łosośnie zamordowano: małżeństwo Annę i Józefa Czeremchów, ich 18- letniego syna Anatola oraz mieszkającego po sąsiedzku Aleksandra Kuryłę
[29] Skrót od „Ziemie Odzyskane”.
[30] Dotyczy rękopisu; tu – strona 5 i 6.
Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
