Aleksy i Mikołaj Roszczenko

Najwięcej o historii Kleszczel dowiedzieliśmy się jako dzieci, pasąc konie. Szkoda, że tego nie zapisywaliśmy. Ludzie nie mieli książek, a tyle pamiętali. Jeden człowiek umiał przez 20 minut wierszem gadać. Na pastwiskach był z nami też Diadia Oleś, miał znakomitą pamięć i nigdy nie zmyślał. Znał 40 toponimów na określenie jednego zagajnika, którego nazwy już wielu nie pamięta. Opowiadał różne ciekawostki, na przykład o tym, że dopiero za sanacji pojawiły się w miasteczku płyty kuchenne, wcześniej gotowało się w piecu chlebowym na trójnogu, że przy dużym domu – tak mówił – znaczy ratuszu była studnia tzw. publiczna, ogólnodostępna. Kiedyś próbowaliśmy policzyć ile w Kleszczelach jest takich starych, kamiennych studni. Doliczyliśmy się 17, ale wszystkie już nieczynne, zrujnowane. Opowiadał też wiele o bieżeństwie. W Kleszczelach zostało tylko z 10 rodzin prawosławnych, tam gdzie byli chorzy lub kalecy. Wszystkie pozostałe uciekły przed Niemcami w głąb Rosji. Niektóre opuszczone wsie Kozacy palili, miasteczka oszczędzali, Kleszczele więc nie doznały uszczerbku. Ludzie zaczęli powracać z bieżeństwa w 1918. Do 1920 wróciło około 80 proc., ale to do tej pory to nieprzebadany przez historyków fragment dziejów Podlasia.

Podczas II wojny wyszła z ludzi cała prawda. Na dwóch takich, którzy wstąpili do niemieckiej policji: jeden prawosławny, jeden katolik, do dzisiaj inaczej się we wsi nie mówi jak „sobaki”. Ten drugi taki bydlak, że ojca swojego chciał rozstrzelać. Dla Żydów był kat. Wyłapywał chowających się po wsiach i jadąc rowerem na postronku ich przed sobą pędził. Raz wespół z kolegą złapał dwóch żydowskich chłopaków. Coś zaczął dłubać przy broni, a zaraz był las. I ten kolega daje Żydom znak głową: uciekajcie. Żydzi zerwali się, biegną w stronę lasu. Jeden dobiegł, a drugi był tuż, ale „sobka” puścił mu serię po nogach. Po wojnie obywaj żandarmi uciekli z Kleszczel. Wiedzieli, że ludzie im nie darują. Ten prawosławny pojechał za Bug i szybko zginał, gdzieś w walkach. A katolik uciekł w koszalińskie i przepadł. Jego teść pojechał kiedyś w tamte strony na wesele. Patrzy z w kościele „sobaka” księdzu do mszy służy. Spotkali się oczami i tamten wybiegł z kościoła jak z procy i znikł. Ponoć jak mu syn umarł to przyjechał raz nocą do Kleszczel.