o. Piotr Lewicki (dziadek Jerzego Musiewicza), batiuszka w Dmitrowiczach. Kiedy wrócił ze swoimi parafianami z bieżeństwa w roku 1920, w okolicach Kamieńca panował straszny głód. Batiuszka napisał do szwedzkiego Czerwonego Krzyża i otrzymał pomoc. Zorganizował obóz, gdzie dzielił i wydawał jedzenie. Pojechał do Brześcia po prowiant. Miał słabe ubranie, zachorował i w wieku 41 lat zmarł na zapalenie płuc. Ale wielu ludzi uratował od śmierci głodowej. Potem co roku, na Wielkanoc, ludzie z Dmitrowicz przychdzili pozdrowić matuszkę i podziękować.

Jerzy Musiewicz

Miałem w rodzinie dwóch prawosławnych arcybiskupów: Joakim Lewicki (brat babci) na początku XX wieku był arcybiskupem w Niżnym Nowogrodzie, Andronik Lewicki (drugi brat babci) był w tym samym czasie arcybiskupem Permu. Ale najwięcej dla ziemi kamienieckiej zrobił mój dziadek – Piotr Jeleniecki, batiuszka we wsi Dmitrowicze, położonej 8 kilometrów od Kamieńca.

Pod jego przywództwem w 1915 roku 18 wiosek z kamieńszczyzny wyruszyło na bieżeństwo. Dotarli do Niżnego Nowogrodu i tam arcybiskup Lewicki pomógł osadnikom urządzić się w nowych warunkach. Przed 1920, kiedy w czasach porewolucyjnych zaczęło się tam dziać źle, wielu z nich postanowiło wrócić na ojcowiznę. Kiedy przyjechali, okazało się, że w okolicach Kamieńca panuje straszliwy głód. Batiuszka Jeleniecki był kapłanem z powołania. Napisał do szwedzkiego Czerwonego Krzyża prośbę o pomoc. Szwedzi odpowiedzieli: „tak” i przysłali paczki żywnościowe. Dziadek pojechał do Brześcia po ich odbiór. Zima była sroga, on o ubranie nie dbał, zaziębił się, trafił do kamienieckiego szpitala i 1920 roku zmarł na zapalenie płuc. Ale swoich parafian ocalił. Postawili mu potem pomnik, a do mojej babci Marii Jelenieckiej, każdego roku na Wielkanoc przychodzili pokłonić się w podzięce. Przedwojenny Kamieniec, który trochę sam pamiętam, to było wielowyznaniowe miasteczko. Na wsiach panowało prawosławie, a w Kamieńcu przeważali Żydzi. Na 4 tysiące mieszkańców stanowili 93 proc. Było tu 6 synagog, 5 cerkwi i 3 kościoły katolickie. Poza tym 13 herbaciarni, 3 restauracje i 198 sklepów – niemal wszystkie w żydowskich rękach. Kiedy podczas wojny hitlerowcy wymordowali tutejszych Żydów, większość ocalałych chrześcijan odczuwała pustkę, ale nie wszyscy. Byli też tacy, którzy plądrowali pożydowskie chaty. Nie interesowały ich naczynia czy sprzęty. Szukali złota. Wiercili dziury w podłodze i długimi prętami macali grunt pod spodem. Jak brzęknął metal, zrywali podłogę i kopali. Często znajdowali złoto. Jednak i tak trafiły do nich tylko resztki. Bo większość żydowskich kosztowności wyłudzili Niemcy. Oszukiwali Judenrat, że jak dostarczą im cztery czy pięć kilo złota to zaprzestaną budowy płotu, który miał zamknąć getto. Żydzi przynosili haracz, na jakiś prace były wstrzymane, ale złoto szybko się skończyło. Getta – dwa getta, bo w Kamieńcu były dwa otoczono płotem. My też mieszkaliśmy w żydowskim domu – Ruwima Szczytnickiego, którego przesiedlono do getta. Kiedy jeszcze można było z niego w miarę swobodnie wychodzić, Ruwim zaglądał do nas i mówił do mamy, pamiętam to: „Jeleniecka! Wy zachowajcie mój dom, a ja się wam odwdzięczę”. Ale wojny nie przeżył. Na początku listopada 1942 roku Niemcy zlikwidowali kamienieckie getta, Ruwima razem z resztą współbraci wywieźli do Treblinki, gdzie większość zakończyła żywot w komorach gazowych. Dom Ruwima Niemcy rozebrali. Oczywiście byli też w Kamieńcu tacy chrześcijanie, którzy ratowali Żydów, chowając ich w swoich piwnica, na strychach. Głośna była sprawa porwania z getta Dory Galper. Dokonali tego: Józef Cholak i Wołodzia Grzegorzewski. Pierwszy lubił ryzyko, a drugi kochał się w Dorze na zbój. Przez okupację ukrywała się w Kamieńcu, po ludziach, a kiedy nadeszli Sowieci w 44, tak jak wielu innych mieszkańców Kamieńca przedostali się do Polski koleją. Wystarczyło dogadać się z maszynistami. Robili oni kryjówki w węglu i za opłatą szmuglowali ludzi, którzy nie chcieli budować Kraju Rad. Wołodzia z Dorą osiedlili się we Wrocławiu, potem rozwiedli i Dora wyjechała do Argentyny. Z Żydami przed wojną nie miałem zbyt wielu kontaktów. Zaprzyjaźniłem się z nimi dopiero potem, kiedy zacząłem grzebać w historii Kamieńca i okazało się, że są jej znaczącą częścią. Nawiązałem kontakty. Przyjeżdżali tu, na ziemie dziadków. Raz jedną grupę zaprowadziłem do dzisiejszego domu kultury, gdzie kiedyś była ważna żydowska szkoła i bożnica. Nie wiedziałem ile to dla nich znaczy, dopóki nie zobaczyłem jak całują stopnie, każdy, od dołu do góry, jak chwycili się za ręce i tańczyli. Mnie zaczęli podrzucać do góry. Wiele się od nich dowiedziałem. Spacerując z Garfinkielem, jednym z ostatnich kamienieckich Żydów, który po wojnie osiadł w Kanadzie, dowiedziałem się, że ulica, która przed wojną oficjalnie nosiła imię Asza, nieoficjalnie nazywana była ulicą żydowskich nożowników i działy się tam istne cuda. Wraz z kilkoma innymi ludźmi, którzy nie chcieli zapomnieć historii naszego miasteczka doprowadziliśmy kilka lat temu do odsłonięcia pomnika upamiętniającego żydowskich mieszkańców miasteczka.