lata 60, Łunna, Honorata Wieżel za panieńskich czasów

Honorata Wieżel

Wieżele, rodzice męża, mieli przed wojną sklep w Łunnej. To wystarczyło, żeby zniszczyć ludziom życie. W 1939, jak tylko Sowieci tu weszli, zabrali ojca męża Jana Wieżela i posadzili go do więzienia, a potem zesłali na Sybir. Po roku przyszli po matkę – Reginę Wieżel i dzieci. Ona trafiła do Kazachstanu. Jak wyjeżdżali mąż był niemowlęciem, jak wrócili miał 6 lat. Pamiętał stamtąd wszystko. Jak jeszcze żył, siedział często z głową w rękach i przeżywał wszystko do nowa. Ale opowiadać nie lubił. Mówił tylko, że matka na całe dnie chodziła do pracy, a on zbierał kłosy po polu, żeby było co jeść. Mówił też, że doglądali go Kazachowie i słowa złego na nich nie powiedział. Dzięki nim przeżył, bo głód był straszny. Ojciec nie wiedział, że oni też zostali zesłani. Z Syberii zaciągnął się do Armii Andersa. Po wojnie wylądował w Anglii i nigdy nie chciał tu wrócić, bał się. Mąż nie widział się z ojcem przeszło 50 lat. Dopiero w latach 90 ojciec przyjechał z Anglii do Polski i wtedy mąż pojechał spotkać się z nim w Białymstoku. Stary Wieżel umarł nie wróciwszy do domu.

Moi rodzice z kolei (nazwisko też Wieżel) siedem lat mieszkali we Francji, do 1937 roku. Wyjechali za pracą i tam się poznali. Już tam mieli dom kupować, ale brat taty napisał: „Wracajcie, bo tu bardzo dobrze.” Zarobili tyle, że postawili chałupę, w której do tej pory mieszkamy, ale ja nie wiem po co oni wracali. Oni też żałowali.