1956, Łunna, od lewej mąż Pani Janiny, Jan Stasiukiewicz, Walik, Feliks

Janina Szwed

Wyjeżdżali stad Polacy i wyjeżdżali po wojnie. W 39 uciekali, i w 46, a potem znowu w 56. Tyle moich koleżanek wyjechało… Jedna nawet chciała mnie ze sobą zabrać, jak mama umarła. Poszłam do sielsowietu, ale tam powiedzieli: „gdzie ty tam pojedziesz sama, sierota” i nie puścili. A i do nas z kolei jechali i jechali osadnicy ze wchodu. „Wastoczniki”, na nich mówiliśmy.

Nasi uciekają, a tu jadą jakby masłem namazano. Spodziewali się tu lepszego życia, wiedzieli, że u nas jeszcze kołchozów nie było. Głodni bardzo byli, kartofle zgniłe wyjadali. Myśmy takiego głodu nie zaznali. Przyjechali tu też ludzie spod Białegostoku. Podobno białoruska partyzantka. Nabroili tam coś przeciwko Polakom i jak postawili granice dostali 24 godziny na spakowanie się i wyjazd. Poprzywozili ze sobą fasolę, ziarna różne. Myśleli, że tu nic nie ma. Mogli wybrać najlepsze chaty po Żydach. Z czasem wmieszali się w ludzi,  zżyli z naszymi, ale jeden był taki narwany, że kamieniami w księdza rzucał i krzyczał: „Ja wszystkich Polaków wyrezaju!”. Potem porozjeżdżali się po kraju, już ich w Łunnie nie ma.

Moi rodzice przed wojną pracowali w majątku w Czerlonie, cztery kilometry od Łunny. Mieli ziemię w arendzie. Dzisiaj po majątku została tylko piękna brama. Archeolodzy polscy i białoruscy robili tam badania. Pięć klas szkoły skończyłam i już musiałam niańczyć cudze dzieci. W wojnę na nasz dom spadła niemiecka bomba i spalił się do szczętu. Dali nam potem pożydowski.

Pamiętam jak wyprowadzali Żydów z łunnieńskiego getta. Szli w kierunku Grodna, taką długą cichą kolumna. Zawsze trajkotali, szwargotali, a tu cicho, jakby przeczuwali. Każdy z tobołami, worami, wiadrami. Dobrze z nimi żyliśmy, zresztą Żydów w Łunnej było więcej niż katolików i prawosławnych razem. Dobre sklepy mieli, na kredyt dawali. Mama u Żydów chleb miesiła, płacili dobrze, nie byli skąpe. Choć jak ich wywozili to niektórzy się cieszyli, że dla nich więcej zostanie. Pewnie, psikusy płataliśmy jak to dzieci. W piątek wieczorem szabas się u nich zaczynał i nic nie mogli już robić. Prosili dzieciarnię, żeby kto pozapalał im  świeczki. Jeden łebek zapala, za świeczkę grosz inkasuje, a drugi idzie za nim i gasi. Znowu trzeba zapalać i znowu grosik. Żydówki krzyczą i tak w koło. Na cukierki jakoś trzeba było nazbierać.

Mieszkała z nami ciocia Jadwiga, stara panna, pomogła mi odchować dzieci. Za Polski była gospodynią u lekarzy. W wojnę Niemcy zabrali ją na roboty. Wracając przypędziła na Białoruś niemieckie krowy. Dużo opowiadała o przedwojennej Łunnie. Miasteczko dudniło życiem i było bardzo czysto. Wszyscy razem bieli krawężniki przed świętami, zamiatali ulice. Pracowali do szarej godziny, czyli zmierzchu, wtedy kładli się i czekali aż nastanie wieczór, a potem każdy wynosił co tam miał: ogórki, piwo i siedzieli do nocy na ławeczkach i śpiewali. Ale było wtedy dużo młodzieży.

Mój brat został zwerbowany na Ural. Z kołchozu nie można było wyjeżdżać, paszporty dali ludziom dopiero w latach 70. Wcześniej jak ktoś chciał w świat to miał do wyboru w zasadzie  tylko trzy kierunki: na Celinu (w pobliżu Finlandii) albo na Ural do wyrębu lasu i hufce pracy w Leningradzie (po naszomu PZO). Do lat 50 Polaków do wojska nie brali w ogóle. Najpierw brat trafił do Kaliningradu, gdzie budował statki. Przyjechał na urlop, wyswatali go tu i nie chciał już wracać do stoczni. Postanowili z żoną jechać na Ural. Wkrótce urodziło im się pierwsze dziecko i pojechałam do nich pilnować. O czwartej rano budzili mnie, żebym szła kupić krupy, później już nie było. Okraszało się to margaryną i to było całe jedzenie. Mięsa, ani słoniny tam nie widywało się. Pasiółeczek zbudowany był tuż po wojnie, dosłownie kilka baraków w lesie. Tylko drewna tam nie brakowało. Nie chciałam zostać, uparłam się, że wracam do Łunny. Po pół roku wróciłam, a tu zaczęli kołchozy organizować. Opór był wielki, ale nakładali podatki na wszystko: na krzaki nawet i tym gęby zamykali. I  jeszcze wszyscy bali się gadać, bo nie wiadomo, czy pod oknem kto nie podsłuchuje, a za obmowę presiedaela kołchozu można było na wiele lat w łagrze wylądować.

Sergiusz Szwed:

U nas w domu bieda była: mało ziemi i dziesięcioro dzieci. Jako małe dziecko krowy cudze chodziłem paść, żeby kilka groszy zarobić, ale tato do kołchozu nie chciał. I było tak, że zżęliśmy żyto i zwieźliśmy do stodoły. Przyjeżdżają enkawudziści wyłamują zamek do stodoły i wszystko co tam było ładują na samochód i zabierają. Jesień, trzeba siać, czymś zwierzęta wykarmić, a tu pusto. Objechaliśmy wioskę. Solidarność była, każdy dał albo pożyczył worek czegoś, żeby zimę przetrwać jakoś. Jeszcze wozu z tymi darami nie rozładowaliśmy, a oni znów przyjeżdżają i łapy wyciągają. Miałem z 10 lat, ale coś we mnie wstąpiło. Oni worek z wozu, tu ja skaczę na dół i hyc – z powrotem go na wóz, oni zrzucają znowu, a ja hyc i worek na wóz. Oni wdrapują się, żeby mnie złapać, a ja na dół. Dorwali mnie wreszcie, zaczęli bić. Ludzie ze wsi zeszli się i ktoś starszy się odważył, krzyknął: „No, co robicie, toż to dziecko”. Puścili i tak nas uratowałem. Ale potem koń nam zdechł i tato musiał iść do kołchozu. Zabrali naszą ziemię i dali taką do niczego, nigdy nie obrabianą. Choroba ten kołchoz.